03.07.2023, 01:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.07.2023, 01:37 przez Daisy Lockhart.)
Daisy przewróciła ostentacyjnie oczami. Mówiła mnóstwo rzeczy. Czy to oznaczało, że trzeba się było od razu nadmiernie przywiązywać do wszystkiego, co ślina przyniosła jej na język? Przyłożyła palec do ust, czekając aż zagrożenie minie. Poza tym, przecież udało im się uratować, więc tak właściwie to chyba mieli fajną przygodę, prawda? Prawda?
- No to ominiemy to i tyle – wymruczała, ale dużo ciszej, już nie tak bardzo przekonana, że wejście do lasu było takim super pomysłem. Tylko do tego, że nie było, nie mogła się już przyznać. Duma jej na to nie pozwalała, a dumy Daisy miała zdecydowanie więcej niż odwagi. Posłusznie szła obok brata. Też nie miała najmniejszej ochoty na bliskie spotkanie z czymś, co przegoniło stado magicznych zwierząt.
I wtedy zobaczyli powalone drzewo. Młoda dziennikarka zamrugała, w pierwszej chwili znowu odruchowo sięgając rękami po aparat fotograficzny. W drugiej jednak wypuściła go z rąk, szczęśliwie był przyczepiony do sznurka, który wisiał jej na szyi, więc nie upadł w mech i ściółkę leśną.
- Darcy, tam ktoś leży – wyszeptała przejęta, a potem – tu już zadziałała narastająca w jej żyłach adrenalina i ruszyła pędem w stronę przygniecionej kobiety.
Krakała. Krakała. I wykrakała. Znaleźli ranną kobietę. W samym środku Kniei Godryka. To naturalne, że musieli jej pomóc. Daisy jeszcze nie myślała o tym jak dużo sił i nieudanych zaklęć może to ich kosztować. Najważniejsze, że naprawdę byli tu przydatni.
- Jestem Daisy Lockhart. A to mój brat Darcy. Zaraz pani pomożemy! – zaczęła szybko, ciepłym, przyjaznym głosem. – Wyprowadzimy panią. Mój brat jest bardzo silny i dzielny, i w ogóle to doskonały ratownik. A poza tym jest pisarzem – paplała bezsensu.
Częściowo zresztą Daisy miała rację: jej brat był z pewnością dużo lepszym ratownikiem od niej. Ona zaś nadrabiała entuzjazmem. Przynajmniej w tamtej chwili. Spróbowała podnieść pień drzewa, który przywalił rannej nogę. Pociła się i walczyła o to, by zrobić to możliwie bez magii (ta ciągle była jakaś dziwna), jeśli jej się udało to była z siebie bardzo dumna. Jeśli nie, wspomogła się Darcym lub wreszcie – tu dość ostrożnie – próbowała wspomagać się magią.
Ostatecznie jednak noszenie rannej pozostawiła na barkach brata. Sama za to nie omieszkała zrobić im zdjęcia (nawet kilku).
- No to ominiemy to i tyle – wymruczała, ale dużo ciszej, już nie tak bardzo przekonana, że wejście do lasu było takim super pomysłem. Tylko do tego, że nie było, nie mogła się już przyznać. Duma jej na to nie pozwalała, a dumy Daisy miała zdecydowanie więcej niż odwagi. Posłusznie szła obok brata. Też nie miała najmniejszej ochoty na bliskie spotkanie z czymś, co przegoniło stado magicznych zwierząt.
I wtedy zobaczyli powalone drzewo. Młoda dziennikarka zamrugała, w pierwszej chwili znowu odruchowo sięgając rękami po aparat fotograficzny. W drugiej jednak wypuściła go z rąk, szczęśliwie był przyczepiony do sznurka, który wisiał jej na szyi, więc nie upadł w mech i ściółkę leśną.
- Darcy, tam ktoś leży – wyszeptała przejęta, a potem – tu już zadziałała narastająca w jej żyłach adrenalina i ruszyła pędem w stronę przygniecionej kobiety.
Krakała. Krakała. I wykrakała. Znaleźli ranną kobietę. W samym środku Kniei Godryka. To naturalne, że musieli jej pomóc. Daisy jeszcze nie myślała o tym jak dużo sił i nieudanych zaklęć może to ich kosztować. Najważniejsze, że naprawdę byli tu przydatni.
- Jestem Daisy Lockhart. A to mój brat Darcy. Zaraz pani pomożemy! – zaczęła szybko, ciepłym, przyjaznym głosem. – Wyprowadzimy panią. Mój brat jest bardzo silny i dzielny, i w ogóle to doskonały ratownik. A poza tym jest pisarzem – paplała bezsensu.
Częściowo zresztą Daisy miała rację: jej brat był z pewnością dużo lepszym ratownikiem od niej. Ona zaś nadrabiała entuzjazmem. Przynajmniej w tamtej chwili. Spróbowała podnieść pień drzewa, który przywalił rannej nogę. Pociła się i walczyła o to, by zrobić to możliwie bez magii (ta ciągle była jakaś dziwna), jeśli jej się udało to była z siebie bardzo dumna. Jeśli nie, wspomogła się Darcym lub wreszcie – tu dość ostrożnie – próbowała wspomagać się magią.
Ostatecznie jednak noszenie rannej pozostawiła na barkach brata. Sama za to nie omieszkała zrobić im zdjęcia (nawet kilku).