Z prozaicznych rzeczy, których w tej chwili najbardziej jej potrzebowała, był właśnie prysznic. Nie śmiała prosić o gorącą kąpiel, w której mogłaby zamknąć oczy i całkowicie oddać się odprężeniu, jakie przynosiła woda - prysznic w zupełności by jej wystarczył. Nie mówiąc już o śniadaniu, przy którym na spokojnie, z daleka od zgiełku i wydarzeń jakie rozgrywały się na polanie mogłaby porozmawiać z Rookwoodem o tym, czego była świadkiem. Była ciekawa, co działo się u niego przez ten okres czasu, więc chętnie nakierowałaby rozmowę również na ten temat, jeżeli tylko wyraziłby chęć opowiadania o tym. Być może nawet, gdyby opadły emocje i euforia, zadałaby pytanie, które od dawna zaprzątało jej spokój, a którego nigdy nie zadała, jakby w obawie o odpowiedź, jaką może usłyszeć - skąd ta nagła chęć rozmowy, skoro przez tak długi okres czasu traktował ją jak powietrze? Pewne sytuacje niestety nie miały prawa bytu i to, że Danielle z własnej woli opuści polanę egoistycznie skupiając się na swoich zachciankach, jeżeli faktycznie jej umiejętności mogą się do czegoś przydać było jedną z nich.
Jej uwaga w pełni poświęciła się euforii i uldze, że mężczyźnie nic się nie stało, przez co nieszczególnie skupiła się na tym, że bliskość jaką ją obdarzył była wyjątkowa i, jak na niego, nietypowa. Zwłaszcza, że zapomniał o jej istnieniu na tak długi okres czasu. Nigdy nie był zbyt wylewny w słowach jak i czynach, wielokrotnie analizując jak powinien się zachować i co powiedzieć, nim faktycznie to zrobił. Naprawdę się o nią martwił?
Słysząc odpowiedź, na jej twary pojawiły się zmartwienie i konsternacja. - Wczoraj pełnił dyżur, tylko nie pamiętam z kim, albo nie powiedział mi... na pewno nie uciekłby, gdy pojawili się śmierciożercy, nawet gdyby musiał walczyć z dziesiątkami... - mówiła cicho, bardziej do siebie, niż do samego Ulyssesa. Dopiero po chwili na jej twarzy pojawił się lekki, wymuszony uśmiech. - Na pewno masz rację, nie odpuściłby, nawet gdyby kazali mu wrócić do domu i odpocząć... - odpowiedziała. Było zbyt wcześnie, by się niepokoić. Może postara się dojść do informacji, kto był jego partnerem? Może powinna zapytać o to Ulka, w końcu jego ojciec pracował z jej, na pewno wiedział kto z kim pełnił dyżur tego dnia. Odrzuciła tę myśl tak szybko, jak się pojawiła. Na pewno mieli swoje zmartwienia, nie mogła zawracać im głowy.
- Na pewno znajdzie się coś zrobienia. Jest zbyt wiele zniszczeń i rannych, by pracownicy ministerstwa i uzdrowiciele mogli poradzić sobie z tym sami, widziałam że zbierają wolontariuszy i rozdzielają do poszczególnych zadań... - odezwała się, wzrokiem omiatając okolicę. Serce pękało na widok takiego ogromu cierpienia i spustoszenia, jakie zasiali śmierciożercy w świecie czarodziejskim. - Nie wiem, czy nasz świat kiedykolwiek się po tym pozbiera - odezwała się cicho, czując nieprzyjemny uścisk w gardle. Przerzuciła wzrok na Rookwooda. - Jesteś pewien? To... nie są widoki, które powinny wyryć się w pamięci człowieka - zapytała. Nikt nigdy nie zapomni wydarzeń z najbliższych dni i pamięć o nich będzie wiecznie żywa, powracająca w koszmarach. Wiedziała jednak, że Ulysses pewne rzeczy zapamiętuje bardziej niż inni. Nie chciała go do tego zmuszać.
Kolejne słowa sprawiły, że zamarła. Role się odwróciły i tym razem to ona nie znajdowała odpowiednich słów, które mogłyby opisać to, jaki mętlik w jej głowie spowodowały to, co od niego usłyszała. Mówił na pewno o swojej siostrze. O swojej siostrze, prawda? Vespera na pewno była tej nocy na sabacie. Uważaj na Rookwooda - szepnął głosik łudząco podobny do jej kuzynki. Zagłuszyła go.
- O kim mówisz? - zapytała. Wprost.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final