03.07.2023, 16:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.07.2023, 17:10 przez Elliott Malfoy.)
Emocje wymykały mu się spod kontroli. Nie dbał o ich ukrycie tak mocno, jak powinien; jak był nauczony. Nie potrafił. Nie po raz pierwszy znalazł się w sytuacji, gdy stres i rozpacz przeważały każde inne odczucie, ale nigdy jeszcze nie popędzała ich troska. Przynajmniej nie taka o inne istnienia; o ich zdrowie, życie. Nieprzyjemność jakiej doświadczał brała się z wybudzonej z letargu i odkrytej z warstwy mułu empatii; nie rozumiał, co czuje, działał na trybie awaryjnym, ostatkami logiki przestawiając pionki na mapie myśli.
Agresja wzbudzona domniemanymi (i podpartymi każdymi, możliwymi do wyciagnięcia wnioskami) akcjami ojca nie wygasła. Elliott zdusił ją głęboko, dodał do każdej negatywnej emocji, którą wzbudzał w nim Fortinbras. Musiał do sprawy podejść metodycznie, nawet jeżeli w myślach błagał o znalezienie martwego ciała ojca pośród drzew kniei. Sprawiłoby to, że cała sytuacja stałaby się łatwiejsza, pozwoliłoby mu skupić się na ludziach, na których faktycznie mu zależało - Nicholasie, Eriku, Perseusie i poniekąd też Eden. Wspomnienie siostry w myślach wprawiało go w dyskomfort, wciąż nie był pewien na ile jego zmartwienie osobą aktualnej Pani Lestrange powinno wykraczać poza granice zdrowego rozsądku.
Mało spał, ale nie było to niczym niezwykłym. Bezsenność męczyła go również w spokojniejszych czasach. Jedyną różnicą były wyraźne wory pod oczyma, które w normalnych warunkach skrzętnie zakrywał. Blond włosy miał w zaskakującym nieładnie, a podwinięty w łokciach, kaszmirowy sweter miał na sobie ślady zagnieceń.
Z próby ułożenia sobie w głowie zaplątanych w mętliku emocji myśli wyrwał go głos Alastora. Zanim spojrzał mężczyźnie w oczy, do czego musiał unieść głowę, zmierzył wzrokiem jego ramiona i klatkę piersiową. Umorusany i przypalony mundur nie spotkał się z krytycznym spojrzeniem, nie tym razem. Uścisnął jego rękę w milczeniu, jedynie skinąwszy głową na przywitanie.
- Elliott - wtrącił od razu. Czułby się niesamowicie nie na miejscu wplatając w akcje ratunkowe czy pomocnicze tego typu pompatyczność murów ministerstwa.
Kojarzył mężczyznę nie tylko z pracy i szkoły, ale też przez siostrę bliźniaczkę. Wiedział z kim ma do czynienia, ale w ostatnich latach nieczęsto udawało im się zamieniać więcej niż dwa słowa.
Malfoyowi można było zarzucić wiele rzeczy - interesowność, uprzywilejowanie - ale był bardzo dobry w zapamiętywaniu twarzy, imion i nazwisk. Poniekąd na tym polegała duża część jego pracy, poza sprawdzaniem czy cyferki i ich sumy zgadzają się z rozporządzeniami.
Nie znał Moody’ego bardzo dobrze, ale dziwną konsternację wynikającą z dopasowania ich w pare mógł wyczuć. Zdawał sobie sprawę z ukradkowych spojrzeń, jakie rzucali mu inni ludzie. Nie był człowiekiem anonimowym, zdarzało mu się udzielać wywiadów czy znajdywać się na zdjęciach w gazetach. Sam jeszcze pare miesięcy temu wyśmiałby wizje samodzielnego pomagania w takich akcjach.
Z początku nie był pewien jak odbierać spokój bijący od Moody’ego, ale po chwili stwierdził, że woli to niż zbytnią energiczność czy zaangażowanie. Mieli się skupić na przeszukiwaniu lasu, a nie pogaduszkach czy ocenianiu jak nawet podsmalony i zakrwawiony mundur nie odbierał temu człowiekowi pewnego uroku. Malfoy postanowił nie brnąć w tę myśl, skupiając się na pytaniach Aurora.
- Tak mi się wydaje - odpowiedział z raczej nienaturalną dla siebie pokornością. Nie posiada ekspertyzy w wyprawach do lasu, zwlaszcza ratunkowych, więc wolał postawić na powściągliwość- Nie przeszkadza - dopowiedzial informatywnie. Nie miał nic więcej do zrobienia, był gotowy.
Kolejne pytanie odebrał jako podprogową ciekawość odnośnie tego, co robi tu ktoś taki jak on.
- Nie spodziewam się znaleźć ich pomiędzy drzewami, jeżeli o to pytasz. Eden zabrałem z sabatu i wróciliśmy do domu jak rozpętał się ten chaos. Eunice też jest bezpieczna.
Zapach alkoholu go nie odrzucił, ale spojrzał na Moody’ego z lekką konsternacją.
- Jesteś pewien, że po tym wszystkim dasz radę? - jego pytanie nie tyczyła się zapachu trunku, aczkolwiek ten spowodował, że Malfoy w ogóle się na nie zdecydował. Alastor nie wydawał się pijany, jego ruchy były pewne i wyważone, brakowało mu zamaszystych gestów upojenia.
Agresja wzbudzona domniemanymi (i podpartymi każdymi, możliwymi do wyciagnięcia wnioskami) akcjami ojca nie wygasła. Elliott zdusił ją głęboko, dodał do każdej negatywnej emocji, którą wzbudzał w nim Fortinbras. Musiał do sprawy podejść metodycznie, nawet jeżeli w myślach błagał o znalezienie martwego ciała ojca pośród drzew kniei. Sprawiłoby to, że cała sytuacja stałaby się łatwiejsza, pozwoliłoby mu skupić się na ludziach, na których faktycznie mu zależało - Nicholasie, Eriku, Perseusie i poniekąd też Eden. Wspomnienie siostry w myślach wprawiało go w dyskomfort, wciąż nie był pewien na ile jego zmartwienie osobą aktualnej Pani Lestrange powinno wykraczać poza granice zdrowego rozsądku.
Mało spał, ale nie było to niczym niezwykłym. Bezsenność męczyła go również w spokojniejszych czasach. Jedyną różnicą były wyraźne wory pod oczyma, które w normalnych warunkach skrzętnie zakrywał. Blond włosy miał w zaskakującym nieładnie, a podwinięty w łokciach, kaszmirowy sweter miał na sobie ślady zagnieceń.
Z próby ułożenia sobie w głowie zaplątanych w mętliku emocji myśli wyrwał go głos Alastora. Zanim spojrzał mężczyźnie w oczy, do czego musiał unieść głowę, zmierzył wzrokiem jego ramiona i klatkę piersiową. Umorusany i przypalony mundur nie spotkał się z krytycznym spojrzeniem, nie tym razem. Uścisnął jego rękę w milczeniu, jedynie skinąwszy głową na przywitanie.
- Elliott - wtrącił od razu. Czułby się niesamowicie nie na miejscu wplatając w akcje ratunkowe czy pomocnicze tego typu pompatyczność murów ministerstwa.
Kojarzył mężczyznę nie tylko z pracy i szkoły, ale też przez siostrę bliźniaczkę. Wiedział z kim ma do czynienia, ale w ostatnich latach nieczęsto udawało im się zamieniać więcej niż dwa słowa.
Malfoyowi można było zarzucić wiele rzeczy - interesowność, uprzywilejowanie - ale był bardzo dobry w zapamiętywaniu twarzy, imion i nazwisk. Poniekąd na tym polegała duża część jego pracy, poza sprawdzaniem czy cyferki i ich sumy zgadzają się z rozporządzeniami.
Nie znał Moody’ego bardzo dobrze, ale dziwną konsternację wynikającą z dopasowania ich w pare mógł wyczuć. Zdawał sobie sprawę z ukradkowych spojrzeń, jakie rzucali mu inni ludzie. Nie był człowiekiem anonimowym, zdarzało mu się udzielać wywiadów czy znajdywać się na zdjęciach w gazetach. Sam jeszcze pare miesięcy temu wyśmiałby wizje samodzielnego pomagania w takich akcjach.
Z początku nie był pewien jak odbierać spokój bijący od Moody’ego, ale po chwili stwierdził, że woli to niż zbytnią energiczność czy zaangażowanie. Mieli się skupić na przeszukiwaniu lasu, a nie pogaduszkach czy ocenianiu jak nawet podsmalony i zakrwawiony mundur nie odbierał temu człowiekowi pewnego uroku. Malfoy postanowił nie brnąć w tę myśl, skupiając się na pytaniach Aurora.
- Tak mi się wydaje - odpowiedział z raczej nienaturalną dla siebie pokornością. Nie posiada ekspertyzy w wyprawach do lasu, zwlaszcza ratunkowych, więc wolał postawić na powściągliwość- Nie przeszkadza - dopowiedzial informatywnie. Nie miał nic więcej do zrobienia, był gotowy.
Kolejne pytanie odebrał jako podprogową ciekawość odnośnie tego, co robi tu ktoś taki jak on.
- Nie spodziewam się znaleźć ich pomiędzy drzewami, jeżeli o to pytasz. Eden zabrałem z sabatu i wróciliśmy do domu jak rozpętał się ten chaos. Eunice też jest bezpieczna.
Zapach alkoholu go nie odrzucił, ale spojrzał na Moody’ego z lekką konsternacją.
- Jesteś pewien, że po tym wszystkim dasz radę? - jego pytanie nie tyczyła się zapachu trunku, aczkolwiek ten spowodował, że Malfoy w ogóle się na nie zdecydował. Alastor nie wydawał się pijany, jego ruchy były pewne i wyważone, brakowało mu zamaszystych gestów upojenia.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦