Spokój. Cameron nie potrafił inaczej nazwać tego, co czuł, gdy siedział teraz tak blisko Heather. Pomimo tego, że oboje przetrwali istny koszmar poprzedniej nocy, a chłopak miał za sobą jeszcze praktycznie pełnoprawny dyżur w szpitalu polowym, czerpał radość i satysfakcję z tego, że w końcu mieli chwilę dla siebie. Chociaż miał dziewczynę na oku podczas pracy, tak serce wręcz mu się wyrywało z piersi, pragnąc znaleźć się jak najbliżej niej. Podświadomie dążył do bliskości z nią, chociaż czuł też swego rodzaju żal; konsekwencje porażki przy starciu ze straszliwymi palami majowymi.
— Tak myślisz? — Uniósł pytająco brwi, rozglądając się po wnętrzu namiotu. — No... niech będzie. Chociaż możesz też poczekać na opinię reszty moich pacjentów. Mówiłem Ci już kiedyś, że nienawidzę pracować w takich warunkach? — Wydał z siebie ciche westchnienie. — Zależało mi pracy w sterylnych salach, a nie na magicznym pobojowisku. Ale co robić.
Sarknął, jakby dalej nie do końca docierało do niego, jak właściwie wylądował w tej sytuacji. Przecież to się wydawało szalone. Poderwanie z ziemi przez dziki wiatr, lądowanie w lesie, spotkanie z duchem, powrót, zobaczenie na własne oczy tego... wszystkiego. Czegoś takiego nie dało się zapomnieć. Zerknął z zaniepokojeniem na Rudą. Czy ona kiedykolwiek zdoła zapomnieć te najgorsze momenty minionej nocy?
— Ważne, że przetrwaliście. W Londynie chyba dalej jest względnie bezpiecznie — poinformował ją. Bądź co bądź, na razie ze stolicy nie dotarły wieści, że atak na Beltane był tylko jednym z wielu. — Pomyślałem, że chciałabyś wiedzieć. Wiesz, przez rodzinę. Bo ja się martwiłem. — Podrapał się po głowie. Cecylka i Cedric mogli się od niego drastycznie różnić, ale chyba by zwariował, gdyby coś im się stało. — Teleportacja i sieć Fiuu się za to zjebała. Błędny Rycerz kursuje wte i we wte.
Westchnął wymownie, gdy dziewczyna zaczęła narzekać na właściwości swojego lekarstwa. Ach, pytanie, które dręczyło pokolenia. Może po to, żeby utrudnić ludziom życie? Może po to, aby nie zakłócić naturalnego działania pewnych składników i specyfików? Obawa przed uzależnieniem od przyjemnego smaku? Niestety, aby poznać odpowiedź na tę zagwozdkę, Heather musiałaby porozmawiać z kimś, kto bardziej ogarniał tego typu tematy. Chociaż Cameron znał się na eliksirach, tak nie przykładał dużej wagi do ich smaku, wychodząc z założenia, że to skuteczność liczyła się dużo bardziej. Huh. Może to była odpowiedź?
— Tak. I w sumie to uderzyłem — potwierdził, odbierając od Rudej fiolkę z eliksirem i napełniając szklankę kolejną porcją wody. Musiała się nawodnić. — Obudziłem się w środku Kniei. Spotkałem w taką babkę, Norę Figg. Jakaś znajoma Cedrika i Cece. — Machnął ręką, gdyż to nie stopień znajomości się najbardziej liczył w tej historii. — Próbowaliśmy się dostać z powrotem na polanę, ale spotkaliśmy ducha, który wymagał pomocy. Przyplątaliśmy się do jakiejś chaty, znaleźliśmy innych wywianych... Doszło do walki z wiedźmą, która tam mieszkała... Zostałem pogryziony, oberwałem patelnią... Jakoś udało nam się stamtąd spierdolić, a potem zaatakowała mnie jeszcze kura. — Zamilkł na moment, zaciskając usta w cienką linię. Tak, te wydarzenia nawet dla niego brzmiały nieprawdopodobnie. — Chociaż ty gorzej trafiłaś. Będziesz musiała się ściąć.
Dotknął lekko jej spalonych włosów. Czy krótki fryz był teraz w modzie? W sumie nieważne. Dla niego i tak będzie idealna, bez względu na to, czy będzie miała włosy sięgające ledwie za ucho, czy zetnie się na jeden milimetr. Uśmiechnął się pokrzepiająco.
— Byłaś pod opieką lekarzy od samego początku, jak tylko was znalazły pierwsze zespoły z Munga i Ministerstwa — poinformował, przekazując poniekąd doniesienia, jakie podsłuchał z rozmów innych wolontariuszy. — Nie powinnaś się męczyć. Zasłużyłaś na to, żeby się trochę pobyczyć. — Poprawił rękaw kitla. — Chociaż szpital albo dom twojej matki byłby lepszym miejscem.