Rookwood się nie mylił – to było dla niej bardzo ważne. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, przez cały dzień miała na głowie zaciekawionych uzdrowicieli, czuła ból, potem nieprzemijające zimno, w głowie wciąż powtarzała obrazy tej okropnej nocy i… była całkowicie sama. Obok nie było nikogo bliskiego. Ojca nie dopuszczono, matka – wiadomo. Jej przyjaciele mieli ważniejsze rzeczy do roboty. Ona była umierająca i była przy tym całkowicie sama – jak przy każdej śmierci, prawda? To działało na psychikę. Na poczucie, że jest się nic nieznaczącym dla nikogo pyłkiem na wietrze. To była jej chwila słabości i tak bardzo potrzebowała kogoś z boku, że nawet Sauriel ze skwaszoną miną sprawiał, że było jej jakoś lżej. I nawet nie czuła, że to nie są jej myśli, jej odczucia. Wszystko się skłębiło, zmieszało i wszystko wydawało jej się być po prostu pokłosiem tego, co przez tę jedną noc przeżyła, a nie było to nic pięknego.
Jasne, to wszystko to była formalność, do której żadne z nich się nie garnęło. Ale stało się. I przy tym wszystkim wcale nie musiał tutaj być. Nie musiał jej szukać, nie musiał się martwić. Tak naprawdę jej zniknięcie i krzywda powinno być w takim razie na rękę, nie tak? A jednak był tutaj i nie wyglądało, że ktoś go zmusił. Bo co, jej matka? Poprosiła go, jasne. Ale najpierw musiał się sam zjawić na progu rezydencji, w której mieszkała. Mógł tak naprawdę robic tylko niezbędne minimum, czyli zjawić się na zaręczynach i pokazać się dopiero, kiedy ich rodzice sobie wymyślą, że mają się spotkać. Ale zamiast tego przyszedł na Beltane, gdzie Victoria zrobiła mu wianek, by się choć trochę pobawił… I przyszedł po Beltane, gromiąc wszystkich w namiocie medyków wzrokiem, czekając aż przyjdzie do niego zguba. I przyszła. A teraz byli tutaj i chyba już prawie byli u celu – w końcu Dolina Godryka nie była wcale tak dużym miasteczkiem.
On zerkał na nią, ale Tori w tym wyznaniu w ogóle nie patrzyła na Sauriela. Jej smutny wzrok najpierw spoczął na mocno zaciśniętych palcach, a potem w bok – w drugą stronę niż Sauriel.
- Jesteś jedyną osobą, która na mój dotyk nie odskakiwała jak oparzona mówiąc, że jestem zimna jak trup – odparowała i westchnęła głośno, jakby miała problem z nabieraniem powietrza w płuca. Nie miała, po prostu wydawało jej się, że jakiś ciężar na ramionach mocno ją przygniata. Niematerialny ciężar. - To nic. Żadna metoda jaką próbowali magimedycy nie działała – zimno Sauriela jej nie przeszkadzało. Ani kiedyś, kiedy po prostu przyjęła to za coś dla niego normalnego, a on przecież dla jej wygody ocieplał swój dotyk, i tym bardziej nie przeszkadzało jej teraz, bo jego chłód nie sprawiał, że było jej bardziej zimno. Tak jak żadne ciepło póki co nie było w stanie jej ogrzać, tak przy nim nie stawało się zimniej. Jego dotyk był… normalny, jak on to ujął. Po prostu różnica temperatur nie była widoczna przez co wydawało się być normalne. - Albo Mungo odwiedzi mnie. Tata mnie pewnie nie wypuści z domu – i sam będzie próbował ją leczyć. Victoria nie była pesymistką, ale w głębi duszy czuła, że to wszystko jest skazane na porażkę. Skoro gremium uzdrowicieli nic nie wskórało, nie mogąc znaleźć przyczyny, to nagle miało się to zmienić ot tak? Ciemnooka wiedziała, że coś musiało się stać tam, w Limbo. I wierzyła na słowo, że właściwie była więcej niż jedną nogą w grobie. - Chciałabym, żeby to była tylko chwilowa niedogodność. Ale sensacja jaką wzbudzaliśmy w namiocie mówi mi, że to nie będzie takie proste – wymamrotała, odwracają w końcu głowę od okna. Mogła teraz zerknąć na Sauriela kątem oka. - Dziękuję. Że próbujesz – dodała jeszcze ciszej.