Wood naprawdę ogromnie się cieszyła z tego, że to właśnie Cameron znalazł się obok niej, gdy się obudziła. Zdecydowanie było to lepsze od tego, jakby trafiła na jakiegoś nieznanego medyka. No i mimo niezbyt udanego rytuału podczas Beltane zależało jej na tym, żeby to właśnie on był blisko niej. Może czuła lekkie rozczarowanie, że im się nie udało, nie rozumiała z czego ono wynika, bo wczoraj miała trochę inne podejście. Pojawiła się jednak jakaś tęsknota - zupełnie jej jak dotąd nieznana. Dobrze się stało, że to właśnie jego spotkała zaraz po przebudzeniu.
- Nie obchodzą mnie inni pacjenci Kamiś. Myślę, że nikt inny nie potrafiłby o mnie zadbać w taki sposób jak ty. - Wydawało jej się, że rozumiał jej potrzeby doskonale, nie tylko te związane z leczeniem. Znał ją w końcu od lat, chyba lepszej opieki nie mogła uzyskać. - Nie dziwię ci się, kto by lubił tak pracować? - Musieli sobie jednak radzić po tym, co wydarzyło się w nocy. Pewnie trochę czasu zejdzie nim przeniosą ją do szpitala. - Chociaż wcześniej nie narzekałeś, gdy pomagałeś nam w Hogwarcie, tamte warunki również były dalekie od sterylnych sal. - Cameron od zawsze pomagał jej sobie radzić z problemami zdrowotnymi, kto by się spodziewał, że stanie się takim profesjonalistą, że będzie mu zależało na sterylności.
Każde z nich przeżyło tej nocy swój osobisty dramat. Może Cameron zniósł to nieco lepiej fizycznie, jednak na nim zapewne także odbije to swoje piętno. Nie miała najmniejszych wątpliwości. Nie było to normalne, żeby wiatr wywiewał ludzi gdzieś w pizdu, a do tego był tak silny, że zabijał niewinnych. Lupin miał szczęście, tak jak i ona - bo również mogła umrzeć. Los jednak chciał, żeby dalej istnieli, co było nawet pokrzepiające.
- Dobrze wiedzieć, w takim wypadku moim rodzicom pewnie nic nie jest. - Czyli uderzyli tylko w Dolinę, co miało sens. Większa część społeczności czarodziejów była obecna na sabacie - stali się łatwym celem dla popleczników Voldemorta. - Dlatego właśnie od zawsze stawiam na miotły, są niezawodne, nie to co te śmieszne kominki i teleportacja. - której swoją drogą Heather nienawidziła. Zastanawiała się, kiedy znowu będzie mogła usiąść na miotle i wzbić się w powietrze, poczuć wiatr we włosach... Nie był to chyba najlepszy moment do takich rozmyślań.
Spoglądała na Camerona uważnie, gdy opowiedział swoją historię. Na jej twarzy malowało się ogromne zdziwienie. Tyle przygód w jedną noc, chciała zapytać, czy był w tej bajce smok... ale najwyraźniej to kura zastąpiła te potężne, magiczne stworzenie. Mrugnęła, jakby nie mogła uwierzyć, w to co mówił. - To brzmi jak dobra historia na książkę, w jedną noc tyle przygód? - Nie mogła powstrzymać się od komentarza. - Jak ktokolwiek mógłby uderzyć cię patelnią, przecież jesteś taki słodziak, niech no tylko drowę tę osobę w swoje ręce... - Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś się znęcał nad Cameronem, pożałuje tego, na pewno.
Dotknęła dłonią pasma włosów, dotarło do niej, że ten zapach, który jej towarzyszył to swąd spalenizny. Trochę posmutniała, była bowiem przywiązana do swoich charakterystycznych, długich rudych włosów. - Wolę o tym nie myśleć, będę wyglądać jak chłopiec. - Zdecydowanie nie cieszyła jej ta wizja.
- Nie pamiętam nic, ale chyba znaleźli nas stosunkowo wcześnie, faszerują mnie tutaj tymi eliksirami, a ja marzę o tym, aby wstać i pomóc innym. - Nie lubiła siedzieć bezczynnie, więc wizja rekonwalescencji naprawdę ją mocno smuciła. - Pozostaje zawsze mieszkanie w Hiszpanii, chociaż sama bym się tam pewnie nudziła. Nienawidzę leżeć, znasz mnie, to ruch mi służy. - Dodała jeszcze.