Heather starała się dojść do siebie po tym wszystkim, co wydarzyło się na polanie w nocy. Spodziewała się, że COŚ się stanie, w końcu jej bliscy o tym wspominali, nie sądziła jednak, że skala zniszczeń będzie taka ogromna. Wielu niewinnych zostało rannych, wielu straciło życia, nie była w stanie im wszystkim pomóc. Trochę nie mogła sobie poradzić z tym, że tak nieudolnie wczoraj działała. Miała wrażenie, że nic jej nie wyszło, a jej umiejętności okazały się być znikome. Była rozczarowana, a gdy zamykała oczy to wracały do niej obrazy z walk, które toczyli z poplecznikami Voldemorta.
Do tego wszystkiego bolało ją całe ciało. Eliksiry, którymi ją faszerowali trochę uśmierzały ból, jednak nie w pełni. Zdawała sobie sprawę, że jest z nią źle. Szczególnie, że doszły do niej słuchy, że chcą ją położyć w Mungu. Miała zamiar się kłócić, że nigdzie nie idzie, że musi pomóc na miejscu, miałoby to jednak sens, gdyby mogła się ruszać. Póki co jednak nie było takiej możliwości. Obrażenia, jakie odniosła podczas walki były zbyt wielkie. Pozostawało jej więc pogodzić się ze swoim losem, co wcale nie było takie proste. Nie należała do osób, które potrafiły siedzieć bezczynnie, tym razem jednak została do tego zmuszona. Bardzo ją to irytowało, bo nie znosiła nie mieć możliwości wyboru; jakiegokolwiek, a w tej sytuacji po prostu została przykuta do łóżka.
Zamykała oczy, aby zdrzemnąć się na chwilę. Nie miała nic ciekawszego do roboty, szczególnie, że Cameron musiał wrócić do pracy i czuła się trochę opuszczona, gdy usłyszała swoje imię. Otworzyła oczy i spojrzała na tego, kto je wypowiedział. Przyglądała mu się dłuższą chwilę, bo średnio kojarzyła chłopaka, który znalazł się przed nią. Szczególnie, że była nieco zamroczona jeszcze nocnymi wydarzeniami i eliksirami, które zażywała.
Musieli chodzić razem do szkoły, z większością osób znała się przecież z Hogwartu, chwilę jej zajęło, zanim sobie przypomniała. Był Ślizgonem, a ich nie znosiła za to, że istnieli... - Horacy? - Czy tak brzmiało jego imię, tego nie była pewna.
- Cześć. - Zastanawiała się, dlaczego chciał z nią rozmawiać. Nieufnie się mu przyglądała. Zaczął ją jednak tak wypytywać o jej stan zdrowia, że raczej nie miał złych zamiarów, przynajmniej tak się jej wydawało. - Trochę jak gówno, ale mogło być gorzej. - Powiedziała, jak zawsze grzecznie i kulturalnie. - Znaczy, obolała jestem, przeżyłam dosyć gwałtowne lądowanie przez ten wiatr. - Starała się wyjaśnić, o co jej chodzi. - Walczyłam, w końcu jestem brygadzistką, byłam na służbie, jak wielu innych. - Nie widziała w tym nic nadzwyczajnego, po prostu wykonywała swoje służbowe obowiązki.