Kiedy pewnego lipcowego dnia ubiegłego roku stopniowo zaczął się od niej odsuwać, wielokrotnie zastanawiała się, co zrobiła nie tak. Analizowała przebieg każdego spotkania, każdy list jaki do niego napisała. W pewnej chwili czuła się winna, bo być może była zbyt nachalna, zbyt wiele sobie wyobraziła, a on to wyczuł i postanowił sprowadzić ją na ziemię w jedyny rozsądny sposób, jaki przyszedł mu do głowy - odcinając się. Złośliwy głosik w głowie od czasu do czasu szeptał jej, że problemem mógł być jej status krwi, którego nigdy nie zatajała przed Rookwoodem - bo była pewna, że lubią się i ufała mu, a on nigdy nie zdawał się przejmować taką drobnostką. Czyżby nagle zaczął? Nie rozumiała tego. Jednak z czasem, gdy sowy jakie do niego wysyłała coraz to rzadziej przynosiły odpowiedź zwrotną, a nawet jeżeli już cokolwiek dostarczały, były do listy zbywające i lakoniczne, przestała go zadręczać. Zabrakło jej odwagi, żeby spytać co się zmieniło. Szanowała jednak jego decyzję i nie chciała na nią wpływać. Wiedział, czego chce. Nie mogła oczekiwać od niego, że nagnie własne zasady dla niej. Problem w Danielle był taki, że pomimo patowej sytuacji w jakiej została postawiona, ani na moment w niego nie zwątpiła. Ale tego już nie mógł wiedzieć.
Kiwnęła głową, posyłając mu lekki, choć niepewny uśmiech. Nie odpowiedziała jednak. Wiedziała, że opuszczenie okolicy podczas gdy potrzeba tak wiele wsparcia nie jest w stylu jej ojca. Tlił się w niej cień nadziei, że tego dnia postanowił zrobić wyjątek.
- Wiem - odpowiedziała tak błyskawicznie, że niemal weszła mu w zdanie. - To nie ma żadnego znaczenia. Fakty są takie, że zapamiętujesz wszystko bardziej, niż większość ludzi. Nie chcę, żebyś czuł się w obowiązku, żeby tu zostać, jeżeli nie musisz. To... nie są obrazy, które człowiek powinien pamiętać - odpowiedziała. - Nie wątpię w Ciebie. Po prostu... to zwyczajna troska. - dodała, nie chcąc zostawiać w tej kwestii żadnych niedomówień. Wiedziała, że tej nocy nie zapomni już nigdy. Żywiołaka. Śmierciożerców, którzy nie mieli najmniejszych wyrzutów sumienia i chcieli ją zabić. Wiedziała też, że choćby stawała na rzęsach, nie przekona Ulyssesa, że dla jego głowy i pamięci lepiej będzie, gdy ulotni się stąd jak najszybciej. Na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech, nieco pewniejszy niż wcześniej. Mógł wytykać jej upór oraz irracjonalną odwagę, ale w tej chwili zachowywał się dokładnie tak jak ona.
Jego odpowiedź nie zdradzała zbyt wiele. I pewnie mogłaby machnąć na nią ręką ucinając jednoznacznie temat, gdyby nie pierwsze słowa, jakie wypowiedział do niej tego poranka. Te, pomimo że jej pamięć nie była tak imponująca jak jego, zagnieździły się w jej głowie wygodnie i nic nie zapowiadało, by miały zamiar się z niej wynieść. Jej wargi uchyliły się lekko, jakby chciała coś powiedzieć; w ostatniej chwili zrezygnowała z tego pomysłu.
- Obyś miał rację - odpowiedziała cicho, przez zaciśnięte gardło. Omiotła wzrokiem okolicę, uświadamiając sobie, jak tragedia jednoczyła przebywających na polanie ludzi. Każdy chciał pomóc na miarę swoich możliwości. Ludzie nie byli obojętni na krzywdę, nawet obcych sobie osób. To było coś, co pokrzepiało serce. - Szukają wolontariuszy do przeszukania kniei. Być może znajduje się tam ktoś, kto potrzebuje pomocy, niezdolny do dotarcia do namiotu medyków samodzielnie - powoli ruszyła w stronę, gdzie rozdzielano grupy do przeczesywania lasu. Posłała Ulkowi krótkie spojrzenie. - I nawet nie próbuj odwieść mnie od tego pomysłu, Ulek. Wiesz, że się nie dam - odezwała się.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final