05.07.2023, 00:50 ✶
Do samego końca Daisy nie była pewna, czy hipogryf naprawdę uzna, że była warta szacunku. Ale jak się okazało rycerka – Daisy z jej wyobrażeń i Daisy – dziennikarka z rzeczywistości, w tej sekundzie były jedną i tą samą osobą.
Napięcie, które czuła rozproszyło się, gdy magiczne zwierzę odwzajemniło ukłoń a potem opuściło przed nią torebkę. Stała dalej, kompletnie nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy marudzenia Darcy’ego i oddalającego się hipogryfa. A potem westchnęła, długo i przeciągle, tym westchnieniem który gdzieś w połowie zamienił się w jęk ulgi.
- Jesteśmy niesamowici – powiedziała słabym głosem i jakby na przekór emocjom, które się w nim tliły, uśmiechnęła się szerzej. – Możliwe. Może nawet ją uratujemy – zgodziła się ugodowo z bratem.
I pewnie to był moment, w którym powinni odwrócić się i uznać, że czas zakończyć tę dziwną przygodę. Uratowali ranną kobietę, znaleźli czyjąś torebkę, uciekli przed stadem dzikich zwierząt. Zrobili wszystko, co tylko było w granicach ich możliwości.
Ale Daisy Lockhart nigdy nie wiedziała, kiedy należało powiedzieć stop, więc zamiast wycofać się i mieć z tego dnia same przyjemne wspomnienia, ruszyła dalej. Tym razem nie przeszli aż tak wiele, gdy młodziutka dziennikarka stanęła jak wryta. Pozieleniała na twarzy, nawet nie obrzydzona, ale prawdziwie przerażona widokami oderwanych kończyn.
- Ja… - zaczęła i umilkła. Odwróciła głowę i zrobiła kilka pośpiesznych kroków, zanim wreszcie jej ciałem wstrząsnęły pierwsze torsje. – To… - próbowała coś powiedzieć, ale znowu zwymiotowała.
Oparła się ręką o drzewo. Dotknęła dłoni czołem. Wisiała tak dłuższą chwilę, czekając aż jej żołądek się uspokoi. W oczach piekły ją bezsilne łzy. Znowu poczuła, że nienawidzi Śmierciożerców i nienawidzi tego, że przez nich musiała zobaczyć jakiegoś rozczłonkowanego nieszczęśnika.
- To się nie godzi, żeby on tu tak został – wyrzuciła z siebie rozgniewana.
Ale nie miała w sobie tyle odwagi by podnosić cudze członki rękami. Używała do tego różdżki, machając nią tyle razy, ile tylko trzeba było by wreszcie wcisnąć je do wyciągniętego z torby worka.
Napięcie, które czuła rozproszyło się, gdy magiczne zwierzę odwzajemniło ukłoń a potem opuściło przed nią torebkę. Stała dalej, kompletnie nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy marudzenia Darcy’ego i oddalającego się hipogryfa. A potem westchnęła, długo i przeciągle, tym westchnieniem który gdzieś w połowie zamienił się w jęk ulgi.
- Jesteśmy niesamowici – powiedziała słabym głosem i jakby na przekór emocjom, które się w nim tliły, uśmiechnęła się szerzej. – Możliwe. Może nawet ją uratujemy – zgodziła się ugodowo z bratem.
I pewnie to był moment, w którym powinni odwrócić się i uznać, że czas zakończyć tę dziwną przygodę. Uratowali ranną kobietę, znaleźli czyjąś torebkę, uciekli przed stadem dzikich zwierząt. Zrobili wszystko, co tylko było w granicach ich możliwości.
Ale Daisy Lockhart nigdy nie wiedziała, kiedy należało powiedzieć stop, więc zamiast wycofać się i mieć z tego dnia same przyjemne wspomnienia, ruszyła dalej. Tym razem nie przeszli aż tak wiele, gdy młodziutka dziennikarka stanęła jak wryta. Pozieleniała na twarzy, nawet nie obrzydzona, ale prawdziwie przerażona widokami oderwanych kończyn.
- Ja… - zaczęła i umilkła. Odwróciła głowę i zrobiła kilka pośpiesznych kroków, zanim wreszcie jej ciałem wstrząsnęły pierwsze torsje. – To… - próbowała coś powiedzieć, ale znowu zwymiotowała.
Oparła się ręką o drzewo. Dotknęła dłoni czołem. Wisiała tak dłuższą chwilę, czekając aż jej żołądek się uspokoi. W oczach piekły ją bezsilne łzy. Znowu poczuła, że nienawidzi Śmierciożerców i nienawidzi tego, że przez nich musiała zobaczyć jakiegoś rozczłonkowanego nieszczęśnika.
- To się nie godzi, żeby on tu tak został – wyrzuciła z siebie rozgniewana.
Ale nie miała w sobie tyle odwagi by podnosić cudze członki rękami. Używała do tego różdżki, machając nią tyle razy, ile tylko trzeba było by wreszcie wcisnąć je do wyciągniętego z torby worka.