Rzadko kiedy zapuszczała się do samego miasta – rezydencja leżała trochę za nim, by mugole nie kręcili się na widoku i nie popsuły humorów żyjących w domu czarodziejów o krwi czystej i poglądach odpowiednich do ich statusu krwi. Nieczęsto jednak miała w ogóle czas na spacery po Dolinie – była piękna, mugoli raczej unikała, a całe życie toczyło się bardziej w Londynie. Tam przecież pracowała (a jakoś dużo brygadzistów i aurorów miało syndrom pracoholika, Victoria starała się utrzymać w tym jakiś balans, ale lubiła też odprowadzać swoje sprawy i zadania do końca) i tam większość dni spędzała. Ostatnio jednak... Tego czasu miała nieco więcej. Nie dlatego, ze nie było co robić, o nie, ale biorąc poprawkę na to, co stało się w Beltane i na jej przypadłość, prosiła jednak o trochę czasu dla siebie, by jakoś zgłębić temat, a w pracy przecież nie było na to ani miejsca ani czasu. Więc oglądali ją medycy, udała się też raz do kowenu, ale nader wszystko, szukała informacji na własną rękę – biblioteka Maeve stała przecież przed nią otworem.
Niczego jednak się póki co nie dowiedziała.
Był wczesny wieczór, kiedy brunetka uznała, że po prostu się przejdzie, może oczyści głowę. Znajdowało się w niej ostatnimi czasy zbyt dużo syfu, zbyt dużo skrajnych emocji i to głownie tych negatywnych. Czuła się… jakaś taka wyobcowana. Samotna nawet. Jakby nikt nie był w stanie jej zrozumieć – co nie było prawdą, bo przynajmniej dwie inne osoby przeżywały dokładnie to samo co ona, a jedna dodatkowa – coś bardzo zbliżonego. Bardzo też chciała znaleźć się u boku kogoś, ale w tej chwili nie było to możliwe i ogólnie cała ta sytuacja bardzo ją frustrowała. Sama była ubrana w ciemną sukienkę do kostek, na tyle prostą, by ewentualny mugol nie stwierdził, że właśnie się wybiera na jakiś bal przebierańców, ale dla czarodzieja było jasne, że nie ma na sobie typowo mugolskich szmatek. Ani na pewno nie były one tanie. Nie miała na sobie biżuterii – może za wyjątkiem pierścionka z kamykiem na serdecznym palcu. Była pogrążona w myślach, wiatr leciutko muskał skórę jej twarzy i włosy, słońce lizało policzki… Ale Victoria nie czuła ani odrobiny ciepła. I prawdę mówiąc powoli zaczynała się do tego przyzwyczajać.
W pierwszej chwili nie zauważyła Brenny, to fakt. Znaczy zauważyła, tylko nie przyglądała się zbyt intensywnie, by rozpoznać w niej Longbottomównę. Wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce i uciekł nieco w bok, na linię lasu, ale wtedy zobaczyła ruch od jej strony – intensywne machanie dłonią, a następnie krzyk. Victoria uśmiechnęła się bardzo leciutko i uniosła na moment do niej rękę w przywitaniu, nie przyspieszyła jednak, delektując się wieczorem i pogodą, każąc na siebie czekać. Ostatecznie jednak zrównała się z Brenną.
- Cześć, Bren – odpowiedziała jej, nie krzycząc, a mówiąc całkiem normalnie – bo krzyk był już teraz zbędny. Stanęła obok niej, podążając wzrokiem w kierunku Kniei. - Nie sądziłam, że cię tu zobaczę. Myślałam, że nie wysiedzisz na tyłku i będziesz trzaskać nadgodziny do oporu – nie musiała mówić dlaczego. Bałagan i zamieszanie, jakie powstało podczas Beltane, będą sprzątać bardzo długo. Poza tym – przecież przestępcy nie poszli spać i nadal trzeba było wykonywać swoją pracę, która nie zahaczała o ten niefortunny sabat.