07.07.2023, 12:03 ✶
Sarah była tym wszystkim oczarowana. Ciężko było powiedzieć, czy chodziło tu o piękne dekoracje, o magię tej chwili, czy o Martina Croucha samego w sobie, bo w żaden sposób tego nie skomentowała, ale była człowiekiem bardzo ekspresywnym jeżeli chodziło o oczy i te oczy właśnie, pełne ciekawości i radosne, zdradzały to, że czuła się tu nad wyraz dobrze. Nie miała pojęcia, czy siedzący przed nią mężczyzna faktycznie był podróżnikiem, ale był tak charakterystyczny, tak smutny mimo delikatnego uśmiechu goszczącego na jego twarzy, że błyskawicznie stał się po prostu ciekawy. Teraz w wyobraźni mógł stać się każdym. Mógł stać się nawet niespełnionym śpiewakiem, co pogrywał w wolnym czasie na rozstrojonej gitarze w zaciszu swojej sypialni – bo wszystko do niego pasowało. Kapłanka ceniła sobie takich ludzi – trochę tajemniczych, ale z aparycją niosącą niezliczoną ilość historii, które z jednej strony chciało się poznać, a z drugiej jedynie snuć domysły dlaczego miał tak pociętą twarz i dlaczego nic z tym nie zrobił, chociaż pewnie by mógł te blizny usunąć.
Chętnie by go wypytała o więcej, ale to byłoby już zbyt wścibskie. Zdusiła więc w sobie tę potrzebę, nie chcąc zajmować komuś tak miłemu cennego czasu swoim paplaniem, bo wszyscy jej przecież w kółko mówili, że papla za dużo.
- Jak dobrze to słyszeć, Nazywam się Salah Macmillan, ale można mówić do mnie po imieniu. Tak, Salah pszez rhhh – powiedziała i chociaż wybrzmiało to komicznie, to ona nie wydawała się być tym rozbawiona. Uśmiechała się, bo uśmiechała do się do niego – przyjacielsko, może trochę zaczepnie, ale to nie był uśmiech kogoś, kto uważał to co przed chwilą powiedział za jakkolwiek zabawne. – A mam ze sobą – i w tym momencie udało jej się nawet tę teczkę wyszarpać – kilka tekstów z biblioteki rhodowej, kilka z biblioteki Palkinsonów – mówiła, wyciągając pergamin za pergaminem, stare były jak diabli, ale to nie był ten stan, który sugerował, że rozpadną się po ich dotknięciu – wszystkie dotyczące Limba, a pszynajmniej tak mi się wydaje. Bo te słowa – zaczęła grzebać po swoich kieszeniach, żeby wyłowić z nich małą, pożółkłą, zagiętą kartkę, na której eleganckim pismem zapisano odpowiedniki słowa zaświaty w językach, których Sarah nie znała – znaczą właśnie Limbo, prhawda? Wyblałam te teksty, w któlych się te słowa powtarzhały, ale umiem ich pszeczytać, a po tym wszystkim…
Urwała nagle. Chodziło jej oczywiście o Beltane.
- Muszę się o tym dowiedzieć jak najwięcej, a to co zapisano po angielsku pszeczytałam już tszy 'azy. Moja lodzina jest teraz strhasznie zajęta i nikt nie będzie siedział ze mną żeby mi tłumaczyć teksty z łaciny…
Ten jej uśmiech trochę posmutniał – nabrał na moment pustki, jakby sama już nie była pewna dlaczego unosi wargi w górze. Chwilę jej zajęło zorientowanie się, że utknęła w zamyśleniu, ale szybko wróciła do tej siebie sprzed chwili. Tej Sary, która kontrastowała z Martinem tak mocno, że zakrawało to absurd.
Chętnie by go wypytała o więcej, ale to byłoby już zbyt wścibskie. Zdusiła więc w sobie tę potrzebę, nie chcąc zajmować komuś tak miłemu cennego czasu swoim paplaniem, bo wszyscy jej przecież w kółko mówili, że papla za dużo.
- Jak dobrze to słyszeć, Nazywam się Salah Macmillan, ale można mówić do mnie po imieniu. Tak, Salah pszez rhhh – powiedziała i chociaż wybrzmiało to komicznie, to ona nie wydawała się być tym rozbawiona. Uśmiechała się, bo uśmiechała do się do niego – przyjacielsko, może trochę zaczepnie, ale to nie był uśmiech kogoś, kto uważał to co przed chwilą powiedział za jakkolwiek zabawne. – A mam ze sobą – i w tym momencie udało jej się nawet tę teczkę wyszarpać – kilka tekstów z biblioteki rhodowej, kilka z biblioteki Palkinsonów – mówiła, wyciągając pergamin za pergaminem, stare były jak diabli, ale to nie był ten stan, który sugerował, że rozpadną się po ich dotknięciu – wszystkie dotyczące Limba, a pszynajmniej tak mi się wydaje. Bo te słowa – zaczęła grzebać po swoich kieszeniach, żeby wyłowić z nich małą, pożółkłą, zagiętą kartkę, na której eleganckim pismem zapisano odpowiedniki słowa zaświaty w językach, których Sarah nie znała – znaczą właśnie Limbo, prhawda? Wyblałam te teksty, w któlych się te słowa powtarzhały, ale umiem ich pszeczytać, a po tym wszystkim…
Urwała nagle. Chodziło jej oczywiście o Beltane.
- Muszę się o tym dowiedzieć jak najwięcej, a to co zapisano po angielsku pszeczytałam już tszy 'azy. Moja lodzina jest teraz strhasznie zajęta i nikt nie będzie siedział ze mną żeby mi tłumaczyć teksty z łaciny…
Ten jej uśmiech trochę posmutniał – nabrał na moment pustki, jakby sama już nie była pewna dlaczego unosi wargi w górze. Chwilę jej zajęło zorientowanie się, że utknęła w zamyśleniu, ale szybko wróciła do tej siebie sprzed chwili. Tej Sary, która kontrastowała z Martinem tak mocno, że zakrawało to absurd.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.