W tym wszystkim było znacznie więcej, niż mówiła i być może dawała po sobie poznać. Nie dlatego, że planowała coś przed Saurielem ukrywać – na Merlina, skoro to był jej narzeczony (ciągle starała się to jakoś ułożyć w swojej głowie), no to przecież nie będzie przed nim udawała, że wszystko z nią jest w jak najlepszym porządku i że nic się nie zmieniło – ale dlatego, że to wszystko przytłaczało ją tak bardzo, że nawet nie wiedziała jak powinna wszystko ubrać w słowa. Że to nie do końca tak. Że była w Limbo. Że miała spotkanie oko w oko z Voldemortem. Że widziała jak Mroczny Pan próbował zakłócić cykl życia i śmierci. Że widziała swoją zmarłą prababkę, rozmawiała z nią, a ta nigdy nie powróciła do życia jako duch. Że… prawie została wciągnięta, że tam zostałaby tam, gdyby nie przypomnienie w postaci pierścionka, który ciągle miała na palcu i do którego obecności jeszcze nie przywykła. Poniekąd… Sauriel, jego obecność, pozwoliła jej stamtąd wrócić. Nie było dobrych słów, by wypowiedzieć je i by brzmiało to łagodniej niż było i powinno. W tym zmęczeniu – głównie psychicznym, ale jej ciało ewidentnie nie wróciło jeszcze do formy, chociaż większą część czasu po prostu sobie leżała – nie nadinterpretowała zachowania Sauriela, a normalnie pewnie by do tego doszło. Więc założyła, po jego zachowaniu i słowach, że jest zły bo się martwił i to wszystko. Zmartwieni ludzie często się złościli, a głównie na własną bezsilność. Nie usłyszała jeszcze dzisiaj od niego, ze jest głupią krową bo się narażała, więc nie odbierała tego personalnie.
- Może. Ale mi to nigdy nie przeszkadzało – no nie dało się ukryć, Sauriel był trupem. On miał to już przez lata przepracowane, jakoś z tym żył, Victoria też o tym wiedziała i przeszła nad tym do porządku dziennego, po prostu akceptując go takim, jakim jest. I kiedy mówiła, że jest zimna jak trup, to nie chciała mu tego wytknąć, ani sprawić przykrości. Ledwie porównać jak zimna jest obecnie sama – czyli że wychodziło, że jest tak samo zimna jak i on. I pewnie dlatego on nie od razu zauważył różnicę, a dla niej dotyk wampira okazał się całkiem przyjemny.
- Przyglądali. I mówili, ze pierwszy raz widzą coś takiego – że to, co im się przytrafiło, nie jest normalne. - Na początku podobno wzięto nas za martwych – a może faktycznie byli martwi przez jakiś czas? - W jednym przypadku byli tak bezradni, że musieli wzywać spirytystę – więc… to chyba nie był całkowicie medyczny problem, tak? Bo skoro nagle kapłan kowenu jest w stanie więcej zdziałać, niż magimedyk, no to jak inaczej to rozumieć?
Spojrzała na niego w końcu. To drugi raz, kiedy usłyszała u niego taką stanowczość w stosunku do siebie – poprzednia dotyczyła tego, że żadnych więcej latających powozów, no i proszę bardzo, faktycznie nigdzie nie lecieli, a na pewno byłoby łatwiej coś takiego załatwić niż… mugolskie auto, którego, musiała to przyznać, nie została wielką fanką i uważała za kiepską namiastkę magicznych sposobów poruszania się, ale w darowanemu koniu nie zagląda się przecież w zęby, zwłaszcza jeśli było się tak słabym jak ona teraz, że ledwo przeszła od namiotu do samochodu, a miała pomoc Rookwooda. W każdym razie kiedy Sauriel przybierał tak stanowczy ton, to robiło to na niej wrażenie. I musiała przyznać, że w jakiś pokrętny sposób bardzo jej się to podobało.
W końcu dojechali na miejsce. Ta przedziwna maszyna, której nigdy za bardzo nie rozumiała jak działa, w końcu się zatrzymała i Victoria odetchnęła.
[a] - Dziękuję – to były naprawdę szczere podziękowania. Gdyby nie Sauriel, to jeszcze by tam musiała siedzieć i cholera wie jak długo. Czy ktoś by ją odebrał? Czy ktokolwiek w ogóle by wiedział? Czy musiałaby sama dokuśtykać i poczekać na Błędnego Rycerza? A przecież nie miała daleko… Ale wiedziała, że sama nie da rady. - W namiocie mówili, że jest jakiś problem z siecią fiuu? – zapytała, bo teraz przypomniało jej się jak przez mgłę, że słyszała urywany skrawek rozmowy na ten temat. Zmarszczyła też brwi, bo Sauriel nie potrafił się teleportować i w takim razie miał utrudniony powrót do domu. Tak, był jeszcze ten… to coś, w czym siedzieli. Ale… - Nie chcesz zostać? Nie pogardziłabym towarzystwem. Pewnie nie zasnę, to wszystko jest zbyt świeże i zbyt… - zbyt pojebane. Zbyt nieprawdopodobne. Zbyt przerażające i zbyt smutne. - Nie chcę być dzisiaj sama – powiedziała znacznie ciszej, spod byka patrząc na majaczący niedaleko budynek. A Sauriel u boku… w jakiś magiczny i niezrozumiały sposób koił dzisiaj jej nerwy i… Po prostu chyba tego potrzebowała. Odrobiny spokoju. A ona nie wyglądała na spokojną. Wyglądała na kogoś, kto nie bardzo wie co się z nim dzieje, wyglądała na słabą, na rozemocjonowaną, chociaż starała się być opanowana jak zawsze. Były jednak szczegóły, które ją zdradzały.