06.07.2023, 00:05 ✶
Kiedy jeszcze byli razem z Malfoyem i przeczesywali las, Bertie naprawdę wierzył w to, co powiedział Alastorowi - że Ida niedługo się znajdzie i że nic jej nie jest. Wierzył w to równie mocno, kiedy już rozchodzili się każdy w swoją stronę i te myśli towarzyszyły mu przez resztę dnia, jakby chciał nimi zakląć rzeczywistość i tym samym manifestować chociaż te dwie rzeczy dla Idy. Cóż... przynajmniej jedna się spełniła. Bo siostra Alastora znalazła się. Może nie cała i zdrowa, leżąca w szpitalnej sali i do tego nieprzytomna, ale była.
Bott nawet nie był w stanie wyobrazić sobie, jak Moody właściwie musiał się czuć. Podejrzewał, że kretyn w pewien sposób obwiniał się za stan swojej siostry - znał go już wystarczająco długo, by właśnie to pierwsze pojawiło się w jego głowie, na swój sposób dodatkowo martwiąc. Zadręczanie się nie miało najmniejszego sensu i nie mogło pomóc ani Zeneidzie, ani samemu Alastorowi.
Śpieszył się, a przynajmniej próbował. Ostatnia sowa wysłana przez Moodiego zastukała w szybę jego domu, kiedy on zdążył już odjechać na swoim motorze. Nie musiał czytać przyniesionej przez nią odpowiedzi, by wiedzieć że przyjaciel faktycznie znajduje się szpitalu, u boku siostry. Czego jednak nie przewidział to tłumów, jakie zdążyły się tam zebrać.
Nie chodziło o to, że dziwiły go twarze, jakie tam zobaczył, a raczej to jak sporo ich tam było. Na korytarzu minął się z Brenną, której skinął głową, bardziej koncentrując się na tym, co działo się we wskazanej przez pielęgniarki sali, niż na próbie podjęcia krótkiej, grzecznościowej pogawędki z Longbottom. Pod odpowiednim numerem natomiast, oprócz samej Idy i Alastora, zobaczył jeszcze Danielle, Mavelle i... czy to była Eden Lestrange?
Podobnie jak ta ostatnia, Bertie stanął w drzwiach nieco zdyszany. Śpieszył się i wyciągał krok, pokonując kolejne korytarze Munga, a w jednej dłoni ściskał bukiet kwiatów, które przed wyjazdem zebrał w swoim ogrodzie. Wiązanka była pstrokata i mieszanką tego, co akurat nawinęło mu się pod ręce, co wcale jednak nie odejmowało jej uroku, a przynajmniej jego zdaniem.
Wziął nieco głębszy oddech, chcąc uspokoić skołatane serce, jednocześnie podciągając rękawy ciemnogranatowego swetra, który miał na sobie, a który sprawiał że aktualnie było mu zbyt ciepło. W końcu jednak ruszył do przodu, przedzierając się przez to morze bab i wyciągając do Moodiego ręce, obejmując go ciasnym uściskiem.
- Alek... tak mi przykro. - powiedział, klepiąc go po plecach. Szybko go jednak puścił, przepychając za niego, do samego łóżka Idy. - Naprawdę liczyłem na to, że wszystko będzie z nią dobrze. Że wróci cała, może tylko nieco zadrapana... cholera... - na moment obejrzał się przez ramię na Alastora, z pewnym żalem w oczach. Jakby czuł się winny, że nie mógł jakkolwiek pomóc. - Ale przyniosłem kwiaty. Przynajmniej pokój nie będzie wyglądał aż tak ponuro. - podniósł na moment bukiet, najpierw w kierunku głównie Alka, a potem położył go na szafce koło łóżka Zeneidy.
Bott nawet nie był w stanie wyobrazić sobie, jak Moody właściwie musiał się czuć. Podejrzewał, że kretyn w pewien sposób obwiniał się za stan swojej siostry - znał go już wystarczająco długo, by właśnie to pierwsze pojawiło się w jego głowie, na swój sposób dodatkowo martwiąc. Zadręczanie się nie miało najmniejszego sensu i nie mogło pomóc ani Zeneidzie, ani samemu Alastorowi.
Śpieszył się, a przynajmniej próbował. Ostatnia sowa wysłana przez Moodiego zastukała w szybę jego domu, kiedy on zdążył już odjechać na swoim motorze. Nie musiał czytać przyniesionej przez nią odpowiedzi, by wiedzieć że przyjaciel faktycznie znajduje się szpitalu, u boku siostry. Czego jednak nie przewidział to tłumów, jakie zdążyły się tam zebrać.
Nie chodziło o to, że dziwiły go twarze, jakie tam zobaczył, a raczej to jak sporo ich tam było. Na korytarzu minął się z Brenną, której skinął głową, bardziej koncentrując się na tym, co działo się we wskazanej przez pielęgniarki sali, niż na próbie podjęcia krótkiej, grzecznościowej pogawędki z Longbottom. Pod odpowiednim numerem natomiast, oprócz samej Idy i Alastora, zobaczył jeszcze Danielle, Mavelle i... czy to była Eden Lestrange?
Podobnie jak ta ostatnia, Bertie stanął w drzwiach nieco zdyszany. Śpieszył się i wyciągał krok, pokonując kolejne korytarze Munga, a w jednej dłoni ściskał bukiet kwiatów, które przed wyjazdem zebrał w swoim ogrodzie. Wiązanka była pstrokata i mieszanką tego, co akurat nawinęło mu się pod ręce, co wcale jednak nie odejmowało jej uroku, a przynajmniej jego zdaniem.
Wziął nieco głębszy oddech, chcąc uspokoić skołatane serce, jednocześnie podciągając rękawy ciemnogranatowego swetra, który miał na sobie, a który sprawiał że aktualnie było mu zbyt ciepło. W końcu jednak ruszył do przodu, przedzierając się przez to morze bab i wyciągając do Moodiego ręce, obejmując go ciasnym uściskiem.
- Alek... tak mi przykro. - powiedział, klepiąc go po plecach. Szybko go jednak puścił, przepychając za niego, do samego łóżka Idy. - Naprawdę liczyłem na to, że wszystko będzie z nią dobrze. Że wróci cała, może tylko nieco zadrapana... cholera... - na moment obejrzał się przez ramię na Alastora, z pewnym żalem w oczach. Jakby czuł się winny, że nie mógł jakkolwiek pomóc. - Ale przyniosłem kwiaty. Przynajmniej pokój nie będzie wyglądał aż tak ponuro. - podniósł na moment bukiet, najpierw w kierunku głównie Alka, a potem położył go na szafce koło łóżka Zeneidy.