06.07.2023, 21:40 ✶
/efekt uzgodniony z MG/
Brygadziści używali wody, oni również… i płomienie zaczęły się zmniejszać. W pewnym momencie Cathal dostrzegł jednak coś intrygującego – gdy używali zaklęć rozpraszających – a przecież z tymi i Shafiq, i Crouch radzili sobie co najmniej przyzwoicie – ogień znikał, owszem, ale nie cały.
- Część ognia to efekt zaklęcia, część nie – mruknął, bardziej do siebie niż do Lety, bo raczej też powinna sama na to wpaść. Spojrzenie jasnych oczu Cathala prześlizgnęło się po okolicy aż w końcu wypatrzył jeden niepasujący element.
Lampiony, zapewne użyte przez Macmillanów, nie gasły.
Geniusze. Jak w ogóle można rozwieszać coś takiego – wypełnionego ogniem – w środku lasu, w miejscu, gdzie bawią się setki pijanych czarodziejów? Jego zdaniem była to głupota, ale Cathal wiele rzeczy uznawał za bardzo głupie…
Shafiq pokręcił głową, po czym wycelował w jeden z lampionów. Nie zamierzał pchać się bohatersko w płomienie, więc podjął jedną, drugą, a potem trzecią próbę i wreszcie udało się mu wylewitować lampion tak, aby nie powodował dalszego pożaru. Gdy dołączyły do niego kolejne, sprawa wreszcie stała się prostsza. Wyglądało na to, że Knieja ocaleje. Okrzyki „pożar” zaczęły milknąć, i po kolejnych paru minutach w okolicy cuchnęło dymem i spalenizną, po paru drzewach zostały tylko poczerniałe pnie, a na miejscu trawy i roślin pogorzelisko… ale Knieja ocalała.
Już chciał odejść i wymknąć się po angielsku, kiedy w ich stronę ruszył Brygadzistka, obdarzony przez naturę bardzo bujnym wąsem. Shafiq powstrzymał skrzywienie. Jego relacje ze stróżami prawa należały do tych skomplikowanych i raczej mało pozytywnych. W pierwszej chwili spodziewał się wręcz kłopotów.
– Dziękujemy za pomoc w gaszeniu – padło jednak. – Mogę prosić pańskie nazwiska?
Cathal zawahał się na moment. Nie był zbyt chętny do podawania tego nazwiska, z drugiej strony jednak, niepodanie go byłoby zapewne podejrzane. Poza tym oboje wypisali się na cholerną listę cholernych ochotników.
– Shafiq – mruknął, pozostawiając Lecie decyzję, co do tego, czy chce podać swoje. – Ruszamy dalej, obiecaliśmy rozejrzeć się w okolicy za jednym z zaginionych – dodał, czyniąc to minimum ukłonu w stronę dobrych manier, by po prostu nie odwrócić się i nie odejść bez słowa. Tak czy inaczej – ledwo chwilę później zostawili za sobą Brygadzistów, swąd spalonych roślin (chociaż woń dymy przeszła ubranie Cathala i w tej chwili marzył o kąpieli: i to mimo tego, że przecież sam palił) i wiecznie płonące lampiony Macmillanów. Jeszcze przez chwilę słyszeli ich głosy, ale w końcu one także umilkły.
Ponownie byli sami w Kniei, w której tego dnia mogło zdarzyć się niemal wszystko.
!G2
Brygadziści używali wody, oni również… i płomienie zaczęły się zmniejszać. W pewnym momencie Cathal dostrzegł jednak coś intrygującego – gdy używali zaklęć rozpraszających – a przecież z tymi i Shafiq, i Crouch radzili sobie co najmniej przyzwoicie – ogień znikał, owszem, ale nie cały.
- Część ognia to efekt zaklęcia, część nie – mruknął, bardziej do siebie niż do Lety, bo raczej też powinna sama na to wpaść. Spojrzenie jasnych oczu Cathala prześlizgnęło się po okolicy aż w końcu wypatrzył jeden niepasujący element.
Lampiony, zapewne użyte przez Macmillanów, nie gasły.
Geniusze. Jak w ogóle można rozwieszać coś takiego – wypełnionego ogniem – w środku lasu, w miejscu, gdzie bawią się setki pijanych czarodziejów? Jego zdaniem była to głupota, ale Cathal wiele rzeczy uznawał za bardzo głupie…
Shafiq pokręcił głową, po czym wycelował w jeden z lampionów. Nie zamierzał pchać się bohatersko w płomienie, więc podjął jedną, drugą, a potem trzecią próbę i wreszcie udało się mu wylewitować lampion tak, aby nie powodował dalszego pożaru. Gdy dołączyły do niego kolejne, sprawa wreszcie stała się prostsza. Wyglądało na to, że Knieja ocaleje. Okrzyki „pożar” zaczęły milknąć, i po kolejnych paru minutach w okolicy cuchnęło dymem i spalenizną, po paru drzewach zostały tylko poczerniałe pnie, a na miejscu trawy i roślin pogorzelisko… ale Knieja ocalała.
Już chciał odejść i wymknąć się po angielsku, kiedy w ich stronę ruszył Brygadzistka, obdarzony przez naturę bardzo bujnym wąsem. Shafiq powstrzymał skrzywienie. Jego relacje ze stróżami prawa należały do tych skomplikowanych i raczej mało pozytywnych. W pierwszej chwili spodziewał się wręcz kłopotów.
– Dziękujemy za pomoc w gaszeniu – padło jednak. – Mogę prosić pańskie nazwiska?
Cathal zawahał się na moment. Nie był zbyt chętny do podawania tego nazwiska, z drugiej strony jednak, niepodanie go byłoby zapewne podejrzane. Poza tym oboje wypisali się na cholerną listę cholernych ochotników.
– Shafiq – mruknął, pozostawiając Lecie decyzję, co do tego, czy chce podać swoje. – Ruszamy dalej, obiecaliśmy rozejrzeć się w okolicy za jednym z zaginionych – dodał, czyniąc to minimum ukłonu w stronę dobrych manier, by po prostu nie odwrócić się i nie odejść bez słowa. Tak czy inaczej – ledwo chwilę później zostawili za sobą Brygadzistów, swąd spalonych roślin (chociaż woń dymy przeszła ubranie Cathala i w tej chwili marzył o kąpieli: i to mimo tego, że przecież sam palił) i wiecznie płonące lampiony Macmillanów. Jeszcze przez chwilę słyszeli ich głosy, ale w końcu one także umilkły.
Ponownie byli sami w Kniei, w której tego dnia mogło zdarzyć się niemal wszystko.
!G2