Na pewno się zarumieniłam. Nie chciał, bym się przed nim ukrywała? Niby naturalna odpowiedź na to, co powiedziałam... Ale z jego strony brzmiało to tak inaczej. Naprawdę nie wiem, czy spotkałam bardziej brytyjskiego Brytyjczyka niż zawsze... A może nie? Lysander też jest zawsze bardzo miły, ale jest bardziej podobny do mnie. Czasem gubi się w słowach, bywa niepewny... A Dellian zdaje się mieć idealny plan na każdą okazję. Perfekcyjną odpowiedź na każde słowo. Osoby z taką pewnością siebie trochę mnie przytłaczają. Ale przynajmniej on jest miły i nie jest głośny, jak to zwykle bywa.
Dopiero pojawienie się kelnerki zwróciło moją uwagę na głos niezidentyfikowanego pochodzenia. Rozejrzałam się. Nikogo oprócz nas tu nie było. Rozejrzałam się raz jeszcze. Kot. Byłam zbyt zaabsorbowana chłopakiem, by go dostrzec.
— Czy to... kot? — Spytałam niezwykle elokwentnie. Pośród propozycji typu "Kto to powiedział?" i "Czy ten kot właśnie przemówił?" wybrałam najgłupszą możliwą. Żadna nowość.
Posłałam współczujący wyraz twarzy, gdy Dellian opowiadał o swojej historii życia. Bardzo otwarty był, jak na Brytyjczyka. Ale może jednak młodzi ludzie tacy byli? Prawdę mówiąc głównie miałam kontakt ze starszymi... Co i tak nie miało żadnego znaczenia, gdyż chłopak nie widział przecież mojej twarzy. A temat też poleciał na zupełnie inne, ekscytujące tory, gdzie nie było miejsca na smutek.
— Koniecznie musimy to zrobić! To będzie takie... nowatorskie i świeże! Wyobrażasz sobie, jak głośno byłoby o wystawie obrazów namalowanych przez kogoś, kto nie widzi!? To znaczy... wśród mugoli. Z tego, co zauważyłam, to czarodzieje są dość niechętni do sztuki współczesnej. Chociaż na Beltane... znalazło się kilku zainteresowanych moim popartowym stylem...
I w tym momencie przypomniałam sobie, że przecież miałam wysłać kopię portretu klientowi. Zdecydowanie będę musiała się skontaktować ponownie z Ministerstwem w tej sprawie. A szczególnie z samym klientem... Przecież powiedziałam mu, że wyślę pracę na drugi dzień...