07.07.2023, 17:09 ✶
To akurat była prawda, zazwyczaj gdy się dotykali, to odbywało się to w kontrolowanych warunkach, a dżentelmen Sauriel nie pozwalał, by dotykała bryły lodu. Zazwyczaj. Ale nie zawsze – jak choćby wtedy, kiedy zbierała go z Pokątnej, żeby zabrać do swojego mieszkania. Wtedy nikt nie miał czasu ani głowy na myślenie o tym, by ogrzewać ciało, bo będzie się czuło dyskomfort. Nie była to jedyna sytuacja, ale prawda było, że były w mniejszości. No i to był tylko dotyk dłoni, a nie całe życie obok zimnego jak trup ciała, które ochładza ci pościel w łóżku.
- Nie ściemniam. Traktuję to jako coś normalnego i nie ma co przeszkadzać – przyjemne czy nie – wychodziła z założenia, że to po prostu część natury Sauriela, coś czego nie mógł zmienić na dłuższą metę (tak jak łaknienia krwi) i po prostu wiedziała, że będzie się musiała do tego przyzwyczaić. Nie stroić fochy, nie narzekać przyjaciółce, że jaka to jest nieszczęśliwa bo Rookwood jest taki zimny – nie. Pod tym względem Victoria nie różniła się wiele od swojej matki i miała bardzo pragmatyczne podejście do życia. Zaakceptowała i przeszła nad tym do porządku dziennego. Może faktycznie Sauriel zabrzmiał nieco ostro, ale jakoś Victoria nie zwróciła na to większej uwagi. Wydawało jej się, że była w takim stanie, że mogła wiele rzeczy źle odbierać.
- Raczej tak – bo fizycznie nic im przecież nie było. A jednak coś było nie tak – i to zimno było tego dowodem. Przy następnej wypowiedzi Sauriela zastanowiła się przez chwilę. - Jeśli nikt nic innego nie wymyśli to może… – ostatecznie stary wampir może wiedział coś, czego nie wiedzieli oni? Może zetknął się z czymś podobnym? Jeśli nikt nic na to nie pomoże to właściwie co Victoria będzie miała do stracenia? Zdziwiła się jednak, że Sauriel wyszedł z taką propozycją. Sądziła, że nie jest w najlepszych stosunkach ze swoim stwórcą, ale może po prostu – nie, nie może tylko na pewno i Victoria silobie to zaraz uświadomiła – chce pomóc jakkolwiek mógł.
Pomocy z wysiadaniem co prawda nie potrzebowała, bo przez te chwilę siedzenia nabrała jej odrobinę, ale nie zamierzała udawać twardszej niż była, na pewno nie dzisiaj, i schowawszy dumę w buty po prostu złapała Sauriela za ramię dla pewności. Czuła się zapewne właśnie tak źle, jak wyglądała.
- Od koleżanek… zapamiętam – odparła i nawet się uśmiechnęła pod nosem, co mogło być dla Sauriela odrobinę słyszalne w jej głosie. - Tak… słyszałam – odpowiedziała dyplomatycznie bo sama niekoniecznie chciała dyskutować o tym, jak mogła teraz wyglądać Polana Ognisk – w końcu tego nie widziała, a przecież Sauriela też tam nie było, więc mogli tylko zgadywać… za to komplikacje z siecią fiuu i teleportacją oznaczały, że coś naprawdę było źle. I nic dziwnego że ich wszystkich składali do kupy w Dolinie Godryka, a nie Mungu. Westchnęła więc tylko.
– Mhm. Ze mną, nie z Isabellą – uściśliła, jakby to nie było wystarczająco oczywiste. Ale jakaś myśl bruneta musiała byc na tyle głośna i czytelna, że Victoria też ją złapała. - Veritaserum? A co, chcesz sprawdzić moje intencje? – żartowała sobie. Szło jej to beznadziejnie, ale jakoś chciała rozładować atmosferę. No cholery nie wiedziała po co mu veritaserum, ani czy sam teraz nie żartował, ale kiedy tak szli, to w półmroku Lestrange oglądała sobie otoczenie rezydencji. I zatrzymała się w półkroku. - Och nie. Och niee – jęknęła i aż się odwróciła, kiedy przekroczyli już granicę murku oddzielającego tereny posiadłości od reszty. Wichura musiała się przetoczyć też tutaj. I o ile sam budynek wyglądał jakby nie został tknięty (albo już się uporano ze szkodami) to były rzeczy, których nie dało się ot tak naprawić za pomocą magii. - Moje kwiaty – Victoria brzmiała, jakby była blisko płaczu, a to był dopiero przód rezydencji. Właściwy ogród znajdowal się na tyle i nie był z tego miejsca widoczny, ale kobieta wyobrażała sobie, że skoro tutaj nic nie zostało z jej pięknych kwiatów, to z tyłu jest dokładnie ta samą sytuacja.
- Nie ściemniam. Traktuję to jako coś normalnego i nie ma co przeszkadzać – przyjemne czy nie – wychodziła z założenia, że to po prostu część natury Sauriela, coś czego nie mógł zmienić na dłuższą metę (tak jak łaknienia krwi) i po prostu wiedziała, że będzie się musiała do tego przyzwyczaić. Nie stroić fochy, nie narzekać przyjaciółce, że jaka to jest nieszczęśliwa bo Rookwood jest taki zimny – nie. Pod tym względem Victoria nie różniła się wiele od swojej matki i miała bardzo pragmatyczne podejście do życia. Zaakceptowała i przeszła nad tym do porządku dziennego. Może faktycznie Sauriel zabrzmiał nieco ostro, ale jakoś Victoria nie zwróciła na to większej uwagi. Wydawało jej się, że była w takim stanie, że mogła wiele rzeczy źle odbierać.
- Raczej tak – bo fizycznie nic im przecież nie było. A jednak coś było nie tak – i to zimno było tego dowodem. Przy następnej wypowiedzi Sauriela zastanowiła się przez chwilę. - Jeśli nikt nic innego nie wymyśli to może… – ostatecznie stary wampir może wiedział coś, czego nie wiedzieli oni? Może zetknął się z czymś podobnym? Jeśli nikt nic na to nie pomoże to właściwie co Victoria będzie miała do stracenia? Zdziwiła się jednak, że Sauriel wyszedł z taką propozycją. Sądziła, że nie jest w najlepszych stosunkach ze swoim stwórcą, ale może po prostu – nie, nie może tylko na pewno i Victoria silobie to zaraz uświadomiła – chce pomóc jakkolwiek mógł.
Pomocy z wysiadaniem co prawda nie potrzebowała, bo przez te chwilę siedzenia nabrała jej odrobinę, ale nie zamierzała udawać twardszej niż była, na pewno nie dzisiaj, i schowawszy dumę w buty po prostu złapała Sauriela za ramię dla pewności. Czuła się zapewne właśnie tak źle, jak wyglądała.
- Od koleżanek… zapamiętam – odparła i nawet się uśmiechnęła pod nosem, co mogło być dla Sauriela odrobinę słyszalne w jej głosie. - Tak… słyszałam – odpowiedziała dyplomatycznie bo sama niekoniecznie chciała dyskutować o tym, jak mogła teraz wyglądać Polana Ognisk – w końcu tego nie widziała, a przecież Sauriela też tam nie było, więc mogli tylko zgadywać… za to komplikacje z siecią fiuu i teleportacją oznaczały, że coś naprawdę było źle. I nic dziwnego że ich wszystkich składali do kupy w Dolinie Godryka, a nie Mungu. Westchnęła więc tylko.
– Mhm. Ze mną, nie z Isabellą – uściśliła, jakby to nie było wystarczająco oczywiste. Ale jakaś myśl bruneta musiała byc na tyle głośna i czytelna, że Victoria też ją złapała. - Veritaserum? A co, chcesz sprawdzić moje intencje? – żartowała sobie. Szło jej to beznadziejnie, ale jakoś chciała rozładować atmosferę. No cholery nie wiedziała po co mu veritaserum, ani czy sam teraz nie żartował, ale kiedy tak szli, to w półmroku Lestrange oglądała sobie otoczenie rezydencji. I zatrzymała się w półkroku. - Och nie. Och niee – jęknęła i aż się odwróciła, kiedy przekroczyli już granicę murku oddzielającego tereny posiadłości od reszty. Wichura musiała się przetoczyć też tutaj. I o ile sam budynek wyglądał jakby nie został tknięty (albo już się uporano ze szkodami) to były rzeczy, których nie dało się ot tak naprawić za pomocą magii. - Moje kwiaty – Victoria brzmiała, jakby była blisko płaczu, a to był dopiero przód rezydencji. Właściwy ogród znajdowal się na tyle i nie był z tego miejsca widoczny, ale kobieta wyobrażała sobie, że skoro tutaj nic nie zostało z jej pięknych kwiatów, to z tyłu jest dokładnie ta samą sytuacja.