– To był przecież twój pomysł, to o co się teraz złościsz? – nie rozumiała, nie nadążała – nie kiedy była tak powolna i zmęczona. Nie powiedziała przecież, że podwija kiece i już leci do Josepha o pomoc, tylko, że jeśli nikt inny nic nie wymyśli… Czy była zdesperowana? Jeszcze nie. Ale chyba Sauriel nie do końca zrozumiał, albo ona nie dostatecznie mocno mu to przekazała, że stało się coś bardzo niedobrego i tak naprawdę to nie była umierająca, tylko… tak jakby… umarła. Wielu rzeczy mu nie powiedziała, na przykład dlaczego była nieprzytomna, co ją właściwie spotkało… Nie wiedziała czy powinna, czy w ogóle chciał wiedzieć, sama też dopiero oswajała się z tym, co powiedziano jej w namiocie. Ale no umówmy się, gdyby chodziło tylko o nienaturalny chłód ciała, to aż takiej sensacji by nie wzbudzali – w końcu różne były magiczne przypadłości. Ale o tym jak bardzo się wszystko popierdoliło być może Sauriel dowie się w najbliższych dniach; wszyscy się dowiedzą, jego rodzina, jego wampir, obcy ludzie – bo rozejdzie się to szybko jak ogień trawiący drewno i będą o tym pisać w gazetach. Ale nie wyprzedzajmy faktów, bo dzisiejszego wieczora Victoria nie wiedziała jeszcze, że nagle stanie się sławna.
Po prostu zignorowała jego spojrzenie i jego niewerbalny komentarz, zupełnie nic sobie z niego nie robiąc.
W ciszy mieliła to, co jej powiedział – o pracy i o tym, że zmarnował już trochę czasu na to, żeby ją szukać. Nie wiedziała co o tym myśleć, bo szukać jej przecież nie musiał. Mógł ją zupełnie zignorować i robić swoje – ale to był bardzo wyjątkowy czas, bo po syfie w Beltane ludzie po prostu szukali swoich bliskich, nie wszyscy jeszcze wrócili do domu, a ona była jedną z tych osób, chociaż wcale nie była zaginiona.
– W takim razie nieważne – odparła cicho, bo nie chciała mu zabierać tego cennego czasu, którego miał mało, na robienie cokolwiek tam robił i do czegokolwiek potrzebował pretekstu w postaci szukania informacji o veritaserum. Nie musiał ich szukać, Victoria miała je w głowie. Mogła mu też po prostu dać o tym książkę – ale osoba, która nie parała się eliksirami, mogła zapomnieć o tym, by go uwarzyć. To był jeden z tych trudnych. Naprawdę trudnych. – Nie chcę być jakąś tam przeszkodą – jasne, obowiązki obowiązkami. I to wcale nie tak, że Victoria nigdy nie myślała o tym, jakby to miało wyglądać, skoro on działa w nocy, a ona za dnia. Podejrzewała wręcz, że najlepszym rozwiązaniem na taki stan rzeczy byłoby poprosić w Biurze Aurorów nie o zmiany poranne, a te późniejsze – popołudniowe, nocne. Bo to przecież nie tak, że aurorzy pracowali tylko za dnia. Do tego było jednak jeszcze daleko i było tylko lekką myślą w jej głowie. Dzisiaj jednak było tak a nie inaczej, Victoria mocno wyszła ze swojej strefy komfortu pytając o to, czy by nie został, mówiąc, że nie chce być dzisiaj sama. Nie czuła się dobrze z tym, że tak się otworzyła, że była teraz taka… bezbronna i fizycznie i psychicznie. I bezradna. W innej sytuacji raczej by czegoś podobnego nie powiedziała – i cholernie pewne, że nie powie, skoro to tak wkurzało Sauriela, że nie do końca umiał jej odmówić.
– To lata pracy! – a nie tylko kwiatki. To było jej hobby. Jej czas spędzany po pracy, rozmyślanie nad kompozycją, ściąganie odpowiednich nasion, a nie po prostu pójście po nie do sklepu. Jakoś wątpiła, że Sauriel mówiłby „to tylko gitara”, jeśli coś stało się z jego instrumentem. Różnica polegała na tym, że przedmiot dało się naprawić jednym skutecznym Reparo, a z kwiatami niewiele już można było zrobić. Smętnie odwróciła się od murku, nie chcąc patrzyć teraz na obraz nędzy i rozpaczy i zupełnie jakby wstąpiły w nią nowe siły – żeby tylko dojść do drzwi. Żeby tylko nie musieć na to patrzeć. Żeby tylko… Aż się podparła dłonią o drzwi i oddychała płytko, bo zmęczyła ją ta ucieczka – a tu jeszcze trzeba było wejść do środka.