08.07.2023, 12:07 ✶
– Trochę przypominały jelenie. Ale to nie były jelenie. Były takie duże. Nie mam pojęcia, a nawet trochę się znam na przyrodzie… – wyjaśnił Ronald, odrobinę zakłopotany. Wyraźnie nie chciał zostać w lesie znowu sam, bo przestrogę Lety potraktował poważnie. Ustawił się między nimi i bardzo starał dotrzymać im kroku.
Kiedy dostrzegli kolejną osobę, leżącą na ziemi, Cathal ruszył w jej kierunku, trochę spodziewając się znowu tego nieprzyjemnego uczucia jak przy kobiecie… i zaraz przystanął. Bo nieprzyjemne uczucie owszem, pojawiło się, wynikało jednak nie z niepokoju, a z zapachu. Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał na nich nieprzytomnym spojrzeniem.
– Oooo… leśna panienka… – ucieszył się i spróbował usiąść, ale nie dał rady.
– Naćpany – skwitował Shafiq z niesmakiem i cofnął się o krok. Ten człowiek cuchnął i to nie alkoholem, a czymś innym. Czymś, czego Cathal nie umiał zidentyfikować – i nawet nie miał ochoty próbować. Sądząc po stanie ubrania, zapachu, kaprawej gębie, nie był to też chyba pierwszy raz, kiedy ten osobnik skończył w takim stanie. – Wstawaj, chyba że chcesz tu zostać.
- Kooooledzy, koledzy… i koleżanko… może koleżanka tu ze mną zostanie… – wybełkotał człowiek. Znów spróbował wstać, ale potknął się o własne nogi. – Bo, haha, po co baba wchodzi do lasu, jak nie by znaleźć chłopa…
– Idziemy dalej – zarządził Cathal. Ronald, który przykląkł już przy naćpanym i zaczął go oglądać, spojrzał na Shafiqa wstrząśnięty.
– Nie możemy go tutaj zostawić! Jest wyziębiony! Może umrzeć, jak go zostawimy!
– Nie oczekujesz chyba, że wezmę go na barana?
– Przecież weszliście szukać ocalałych!
– Tak. Ciebie na przykład. Albo kobiety, którą stąd wyniosłem. – Cathal wzruszył ramionami, dość obojętnie. W jego opinii takie jednostki, jak ten tutaj, były prawdziwą zakałą świata czarodziejów, dużo gorszą od mugolaków. Zostawienie go było przysługą dla społeczeństwa. Nie wspominając już o tym, że ani myślał wlec tego człowieka – zwłaszcza, że przeszli już kawał drogi i Shafiq zaczynał to powoli odczuwać. – On po prostu tu siedział i ćpał.
Po prostu go zabij, szepnął cichy głos w jego głowie. I Cathal znów nie był pewny: czy to jego przodek znów przemawia spoza czasu, czy to jego własna myśl, czy może ten jeszcze inny głos, niekiedy odżywający w jego pamięci, ojciec, który go nie spłodził, ale wychował…
Ronald zdawał się wstrząśnięty. Cathal w końcu westchnął.
–Możesz go nieść na magicznych noszach, jeśli chcesz. Zwolnimy, żebyś mógł nadążyć. I tak skręcamy już z powrotem na Dolinę.
To było wszystko, co mógł mu zaoferować. Nie było mowy, aby sam tego człowieka niósł.
– Hehe… magiczne nosze… to ja tylko z tą koleż…
– Silenco – padło, bo Cathal nie zamierzał ani tego człowieka sam nieść, ani tym bardziej go słuchać.
Kiedy dostrzegli kolejną osobę, leżącą na ziemi, Cathal ruszył w jej kierunku, trochę spodziewając się znowu tego nieprzyjemnego uczucia jak przy kobiecie… i zaraz przystanął. Bo nieprzyjemne uczucie owszem, pojawiło się, wynikało jednak nie z niepokoju, a z zapachu. Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał na nich nieprzytomnym spojrzeniem.
– Oooo… leśna panienka… – ucieszył się i spróbował usiąść, ale nie dał rady.
– Naćpany – skwitował Shafiq z niesmakiem i cofnął się o krok. Ten człowiek cuchnął i to nie alkoholem, a czymś innym. Czymś, czego Cathal nie umiał zidentyfikować – i nawet nie miał ochoty próbować. Sądząc po stanie ubrania, zapachu, kaprawej gębie, nie był to też chyba pierwszy raz, kiedy ten osobnik skończył w takim stanie. – Wstawaj, chyba że chcesz tu zostać.
- Kooooledzy, koledzy… i koleżanko… może koleżanka tu ze mną zostanie… – wybełkotał człowiek. Znów spróbował wstać, ale potknął się o własne nogi. – Bo, haha, po co baba wchodzi do lasu, jak nie by znaleźć chłopa…
– Idziemy dalej – zarządził Cathal. Ronald, który przykląkł już przy naćpanym i zaczął go oglądać, spojrzał na Shafiqa wstrząśnięty.
– Nie możemy go tutaj zostawić! Jest wyziębiony! Może umrzeć, jak go zostawimy!
– Nie oczekujesz chyba, że wezmę go na barana?
– Przecież weszliście szukać ocalałych!
– Tak. Ciebie na przykład. Albo kobiety, którą stąd wyniosłem. – Cathal wzruszył ramionami, dość obojętnie. W jego opinii takie jednostki, jak ten tutaj, były prawdziwą zakałą świata czarodziejów, dużo gorszą od mugolaków. Zostawienie go było przysługą dla społeczeństwa. Nie wspominając już o tym, że ani myślał wlec tego człowieka – zwłaszcza, że przeszli już kawał drogi i Shafiq zaczynał to powoli odczuwać. – On po prostu tu siedział i ćpał.
Po prostu go zabij, szepnął cichy głos w jego głowie. I Cathal znów nie był pewny: czy to jego przodek znów przemawia spoza czasu, czy to jego własna myśl, czy może ten jeszcze inny głos, niekiedy odżywający w jego pamięci, ojciec, który go nie spłodził, ale wychował…
Ronald zdawał się wstrząśnięty. Cathal w końcu westchnął.
–Możesz go nieść na magicznych noszach, jeśli chcesz. Zwolnimy, żebyś mógł nadążyć. I tak skręcamy już z powrotem na Dolinę.
To było wszystko, co mógł mu zaoferować. Nie było mowy, aby sam tego człowieka niósł.
– Hehe… magiczne nosze… to ja tylko z tą koleż…
– Silenco – padło, bo Cathal nie zamierzał ani tego człowieka sam nieść, ani tym bardziej go słuchać.