– Próbujesz teraz przekonać mnie czy jednak bardziej siebie? – zapytała w odpowiedzi na to (niedorzeczne) stwierdzenie wypowiedziane przez koleżankę. No bo co jak co, ale kogo ona chciała oszukać? Nie znały się przecież od wczoraj a był też czas, że pracowały razem w Brygadzie i Victoria bardzo dobrze zapoznała się z trybem pracy i życia Brenny. A w sytuacji, która miała miejsce, tym bardziej jakoś jej się nie wydawało, że Longbottom nagle zwolniła. Wytrzymała spojrzenie Brenny – znaczy… po prostu czuła, że jest obserwowana, kiedy sama gapiła się w linię lasu, ale niezbyt ją to dziwiło. I nie sądziła, by była ciekawa tej przypadłości, właśnie ze względu na Mavelle, były w końcu kuzynkami.
– Jakby co to my jeszcze mamy jakieś zapasy. Tata trzyma, a ja z nudów robiłam trochę eliksirów – z nudów – znaczyło mniej-więcej tyle, że próbowała zająć czymś myśli. A poza tym biorąc pod uwagę sytuację w Anglii, to jakoś tak… uznała, że dobrze by było mieć jednak zapas podstawowych eliksirów, które mogą się przydać, nim trafi się w ręce medyka. – Moje kwiaty nie przeżyły – odpowiedziała smętnie i wyraźnie posmutniała. Nie mieli ogrodnika, bo Victoria uznała, że lepiej zajmie się kwiatami niż ktoś obcy – i tak właśnie było, jej oczko w głowie i lata pracy: teraz nic z tego nie zostało, wszystkie kwiaty zniszczone. – A poza tym no to były jakieś uszkodzenia dachu. Matka musiała zostać w domu i ogarnąć bałagan – zamiast pójść do umierającej córki – tego nie dopowiedziała, ale zawisło gdzieś tam w powietrzu. – Prawdę mówiąc, to dobrze, że tylko tyle. Słyszałam, że niektórzy mieszkańcy Doliny mieli mniej szczęścia – mniej szczęścia niż zerwany dach domku ogrodnika.
Lestrange zmrużyła lekko koczy, widząc człowieka wybiegającego zza linii drzew – a biegł szybko, jakby się za nim paliło. Uniosła nieco oczy, ale żadnego dymi nie zobaczyła. Brunetka pozwoliła Brennie toczyć rozmowę z mugolem. Sama miała kilkuletnie obycie z kontaktach z nimi, ale nie znaczyło to, że bardzo chciała się wychylać – robiła wtedy swoją pracę. Była co prawda gotowa zmodyfikować pamięć panu Collinsowi, ale skoro Brenna ją ubiegła to nie zamierzała być nadmiernie nadgorliwa. I po prostu ruszyła za nią „poszukać Toby’ego”, a tak naprawdę to wielkiego i zębatego potwora pięć minut drogi stąd.
Cholernie blisko. Zbyt blisko.
– Jak myślisz, co to jest? Strasznie blisko terenów zamieszkanych… nie wiem co wylazło z Kniei, ale to bardzo niedobrze – nawet złapała w ręce dół swojej sukienki, by materiał nie majtał jej się pod nogami i łatwiej było iść czy biec.