Całe jej życie opierało się na odgrywaniu roli złego charakteru, w którą utkała ją nić życia. Była złą królową ze świata alicjowego; była Urszulą dla Arielki i buchającym niebieską łuną ognia z czubka głowy Hadesem. Prawdopodobnie zatraciła się pośród tych miriad tego, czego od niej wymagano - robiła więc skrajnie na przekór, skrajnie po swojemu. Tkwiła w niej więc ta nuta chwiejności, oderwania niejakiego, jednocześnie stąpając surowo na nogach obleczonych niewysokim obcasami. W gruncie rzeczy była lepsza, niż ktokolwiek w byciu złym, a jej obraźliwa natura przelewała się przez palce nieomal, pozostawiając po sobie szkielet moralności jako takiej - działała zgodnie z własnym sumieniem, jednak to nie zawsze dyktowało dobre warunki umowy. Czuła się w pracy niewysłowienie dobrze; niewysłowienie na swoim miejscu, więc gdy wychodziła z tą charakterystyczną kakofonią uderzających o podłogę obcasów na zewnętrz, łapała jeden z nielicznych oddechów osoby normalnej.
Osoby, która nie tańczyła z trupami w pasodoble.
Gdy tylko otworzyła drzwi, solidny podmuch nieprzejednanego wiatru rozwiał kosmyki włosów, które wyplątąły się z niedbale upiętego koka; porwał także poły fartucha laboratoryjnego - zmrużyła oczy nieomal, krzyżując ręce na piersi, gdy nagle…
Rookwoodowie byli złym omenem. Co do jednego.
Wydała z siebie obolałe - nad szczerością możemy polemizować - westchnięcie, ulatujące z ociężałych płuc. Przybrała jednak ten swój absolutnie typowy wyraz twarzy zblazowanego znudzenia, którym niejednokrotnie straszono nie dzieci, a kawalerów ubiegających się o jej rękę.
- Szczyt komedii, Rookwood - odparła na jego wyschnięty żart.
Wyciągnęła jednak smukłą, odrobinę zbyt chudą dłoń po papierosa, aby po chwili otulić wargami filtr i pozwolić zająć się końcówce ognistym oczkiem.
- Moje życie aż stało się mniej obrzydliwe dzięki tobie - sarknęła siarczyście, wolną dłoń wtykając do kieszeni kitla.