08.07.2023, 22:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2023, 20:22 przez Cathal Shafiq.)
- Wiem. Ale i tak ta gnida mnie wkurza – powiedział Cathal z odrobiną irytacji w głosie. – Wiecie, że on ostatnio chwalił się, że wykopał jakąś tam rzeźbę? Jestem więcej niż pewien, że jest fałszywa. Widziałem zdjęcia i jej styl się nie zgadza.
Wellington był tym rodzajem człowieka, którym Shafiq pogardzał. To, że mu bruździł, to było jedno. Drugie – był przy tym brużdżeniu tak żałosny, że Cathal nie mógł go nawet nienawidzić. Gdyby w swoich działaniach zachowywał jakąś klasę, być może Cal obdarzyłby go formą niechętnego szacunku, ale w tej chwili miał ochotę po prostu rzucić na niego drętwotę za rogu, a potem rzucić na pożarcie wężom.
Z drugiej strony, upomniał sam siebie, nie wolno tego drania lekceważyć, jeśli to faktycznie on wszedł w ich sny. Ta magia była przedziwna. I bardzo niebezpieczna.
– Co za pech. Wyrzuciłem moją szklanką kulę przez okno po pierwszych zajęciach wróżbiarstwa – parsknął Cathal. Wybrał wtedy numerologię, starożytne runy i wróżbiarstwo, bo upierała się przy nim matka, a poza tym zdawało się mu ciekawsze niż magiczne stworzenia czy mugoloznastwo – kto chciałby uczyć się o mugolach? Dość szybko jednak zrezygnował z tych lekcji.
Kiwnął głową na podsumowanie Alethei.
– Bez pośpiechu. Wprawdzie Wellingtona nie byłoby mi szkoda, ale dobrze się upewnić, że to na pewno on jest winny – przyznał, po czym wyprostował się i spojrzał najpierw na nich, potem na wszystkie materiały, jakie zgromadził na blacie. I zaczął je składać: po części, by zrobić miejsce, po części, bo podejrzewał, że jeśli zostaną tak porozrzucane, będą drażnić Ulyssesa. – Skoro wszystko mamy ustalone, a dziś niczego już nie zrobimy… - …Leta w końcu zacznie działać nocą, a on i Ulysses jutro… – Ulysses, przygotowałem dla ciebie krąg runiczny, tak na wszelki wypadek. Twój, Leta, rozłożymy jutro. – Skoro dziś miała wybrać się na wycieczkę, nie mogła zrobić tego z barierą. - Macie ochotę czegoś się napić, czy wzywają was obowiązki?
Niezależnie od decyzji, sam miał zamiar napić się szklanki whiskey. Czuł, że tego potrzebuje. A sprawa Wellingotna… cóż. Dopiero się zaczęła.
Wellington był tym rodzajem człowieka, którym Shafiq pogardzał. To, że mu bruździł, to było jedno. Drugie – był przy tym brużdżeniu tak żałosny, że Cathal nie mógł go nawet nienawidzić. Gdyby w swoich działaniach zachowywał jakąś klasę, być może Cal obdarzyłby go formą niechętnego szacunku, ale w tej chwili miał ochotę po prostu rzucić na niego drętwotę za rogu, a potem rzucić na pożarcie wężom.
Z drugiej strony, upomniał sam siebie, nie wolno tego drania lekceważyć, jeśli to faktycznie on wszedł w ich sny. Ta magia była przedziwna. I bardzo niebezpieczna.
– Co za pech. Wyrzuciłem moją szklanką kulę przez okno po pierwszych zajęciach wróżbiarstwa – parsknął Cathal. Wybrał wtedy numerologię, starożytne runy i wróżbiarstwo, bo upierała się przy nim matka, a poza tym zdawało się mu ciekawsze niż magiczne stworzenia czy mugoloznastwo – kto chciałby uczyć się o mugolach? Dość szybko jednak zrezygnował z tych lekcji.
Kiwnął głową na podsumowanie Alethei.
– Bez pośpiechu. Wprawdzie Wellingtona nie byłoby mi szkoda, ale dobrze się upewnić, że to na pewno on jest winny – przyznał, po czym wyprostował się i spojrzał najpierw na nich, potem na wszystkie materiały, jakie zgromadził na blacie. I zaczął je składać: po części, by zrobić miejsce, po części, bo podejrzewał, że jeśli zostaną tak porozrzucane, będą drażnić Ulyssesa. – Skoro wszystko mamy ustalone, a dziś niczego już nie zrobimy… - …Leta w końcu zacznie działać nocą, a on i Ulysses jutro… – Ulysses, przygotowałem dla ciebie krąg runiczny, tak na wszelki wypadek. Twój, Leta, rozłożymy jutro. – Skoro dziś miała wybrać się na wycieczkę, nie mogła zrobić tego z barierą. - Macie ochotę czegoś się napić, czy wzywają was obowiązki?
Niezależnie od decyzji, sam miał zamiar napić się szklanki whiskey. Czuł, że tego potrzebuje. A sprawa Wellingotna… cóż. Dopiero się zaczęła.
Koniec sesji