To co się tu wydarzyło było okropne i pomimo, że większość czasu wolałem być za biurkiem dzisiaj chciałem jakoś się przydać. Chciałem pomóc, nie usiedziałbym w biurze. Musiałem się tu zjawić, a Bell zdecydowanie nie protestował. Dałem się mu prowadzić jak zawsze i jak zawsze postarałem się, aby wyszło na moje. Nie miałem zamiaru poddać się mojej ułomności, bo byłem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, prawda? Uśmiechnąłem się na słowa Bella. Ja wiedziałem czemu, ale nie mówiłem tego głośno.
– Też tego nie rozumiem, są nieogarnięci – zawtórowałem mu, a gdy ostrzegł mnie przed drzewem ominąłem je niezgrabnie trzymając się blisko kota. Wyciągnąłem przed siebie różdżkę, aby lepiej ogarniać przestrzeń wokół i rzadziej wpadać na drzewa niż było to konieczne.
Gdy usłyszałem jak Bell woła Martina uśmiechnąłem się zachęcająco. Musiałem sprawić wrażenie odpowiedniej osoby na odpowiednim miejscu.
– Dzień dobry – przywitałem się wyciągając dłoń przed siebie, aby się przywitać. Nie wiedziałem, czy celowałem dobrze, ale mężczyzna sam powinien chyba ogarnąć o co mi chodzi, a potem ruszyłem dalej kierując się za głosem mojego kota przewodnika.