Była bardzo zmęczona, ale Sauriela słuchała bardzo uważnie. Była ciekawa, co ma do powiedzenia, co myśli, co czuje. Była spragniona jego obecności. Naprawdę nie umiała tego wytłumaczyć i nawet nie próbowała, po prostu korzystała z tego, że jest obok i starała się zwracać uwagę na to, co mówi. Miała też wrażenie, że się trochę uspokoił, nie był już tak bardzo napięty i tak nie warczał.
– Co tylko chcesz – już mu to kiedyś mówiła. Nie zależało jej wcale na kontakcie z Josephem. Był wczoraj bardzo miły, ale doskonale wiedziała, że jest wampirem i to przebiegłym. Zauważyła już, że Sauriel chyba się go bał, albo nie miał o nim najlepszego zdania… Albo chciał mieć go dla siebie – ale to było ostatnie co miało przyjść do głowy Victorii. Mogła więc uszanować jego zdanie, nawet jeśli stało w sprzeczności do tego, co mówił wcześniej sam i że to przecież on wyszedł z taką propozycją. Jakby… To nie kosztowało jej wiele, a jeśli Sauriel miał się przez to lepiej czuć… to czemu nie? Więc czy mógłby jej zabraniać? Niby nie. I tak by to robił. A ona nie zamierzała mu robić na złość, chyba że to naprawdę będzie jedyne co jej pozostanie, a i tak wtedy by z nim o tym po prostu porozmawiała. Tak to już w… związkach… chyba powinno być.
Nie odpowiedziała, kiedy nabierała oddech w płuca, próbując uspokoić organizm od tego nagłego wysiłku. Poczuwszy zupełnie normalny dotyk wokół własnej talii nie odskoczyła, nie próbowała się odsunąć ani uciekać i po prostu odetchnęła, kiedy Rookwood otworzył drzwi i pchnął je, pomagając jej przejść do środka. Teraz też nie próbowała udawać silniejszej niż jest, bo nie miała ochoty się bawić w obrażoną pannę Lestrange, dlatego… całkiem chętnie przyjęła jego pomoc, dając się prowadzić. Sauriel nigdy jakoś bardzo nie pozwiedzał tego domu, ale drogę do większego salonu znał i szli tam…
Na nieszczęście Sauriela Isabella była w domu. I chyba usłyszała otwieranie drzwi, może raban przy nich… cokolwiek to było, sprawiło że starsza czarownica nie siedziała na kanapie ani nic z tych rzeczy, a wręcz wyszła im na spotkanie i gdyby tylko w tym tandemie szli szybciej, to by na nią wpadli. Na szczęście szli ślimaczym tempem. Mina Isabelle… nie była nad wyraz sroga. Nie wyglądała na złą. Prawdę mówiąc to nawet wyglądała na w pewien sposób zmęczoną. Kosmyki włosów nie były już ciasno upięte w koku, suknia nie była idealnie wyprostowana – a i tak prezentowała się zjawiskowo.
- Victoria! – rzuciła i zupełnie ignorując obecność Sauriela podeszła do nich i złapała córkę dłońmi za twarz… I zaraz się wzdrygnęła, gwałtownie te dłonie zabierając. Poczuła ten chłód, zimno… Victoria mogła się tylko uśmiechnąć ponuro i odwrócić wzrok. Wciąż jednak trzymała się Sauriela. - Co… Wypuścili cię w takim stanie? Cały -
– Mamo – Victoria spróbowała jej przerwać, ale Isabella gadała dalej.
– … dzień cię nie było. Alexander cię –
– Mamo...
– …nie widział? Gdzie oni mają oczy? Przecież ty ledwo stoisz na nogach – spojrzała tutaj przelotnie na Sauriela, ale jej ciemne oczy szybko wróciły na Victorię.
- Mamo. Taty nie widziałam, nie dopuszczali go do nas z wiadomych powodów – Tori w końcu udało się przebić przez trajkotanie Isabelli. - Jest bardzo dużo rannych, chyba nie wróci za szybko – dodała, a rysy Isabelli wyostrzyły się, kiedy zacisnęła usta. – Jestem… Chcę… - aurorka ewidentnie nie umiała znaleźć odpowiednich słów, żeby jakoś przekazać matce informacje… Miała to niej żal, że jej nie szukała. Że to nie ona ją stamtąd zabrała. Nieświadomie nawet mocniej zacisnęła rękę na ramieniu Sauriela. To nie było proste. Nic tu nie było proste. – Medycy nic nie potrafili na to poradzić – powiedziała w końcu nawiązując do swojego stanu i chłodu, jaki wokół siebie roztaczała. - To jest… Ja… - przymknęła na moment oczy. – Byłam nieprzytomna przez kilka godzin – powiedziała w końcu. - Nie chcieli mnie wypuścić samej. Mam odpoczywać. Więc… Ja… Pójdę do siebie. Jakoś się… doprowadzę do używalności – wydusiła w końcu. Była aż zdziwiona, że Isabella teraz nie próbowała jej przerwać. Ale oczywistym było, że wcześniej też tego nie robiła – to jej przerywano, a że była jaka była, to nie mogła dopuścić do tego, żeby przerwanie było faktyczne. Isabella… Wyglądała jakby przetwarzała informacje. I raz jeszcze wyciągnęła ręce do córki, tylko że tym razem nie ułożyła ich już na jej twarzy a na ramionach. Tam w końcu spoczywał potargany mundur aurora.
– Tak… Tak. Odpoczywaj – powiedziała w końcu, patrząc na Victorię, a w końcu zabrała ręce i zrobiła krok w tył, jakby dając znać, że ich przepuszcza.
- Chodź – mruknęła do Sauriela, dając mu znać, że to dobry moment, żeby się ruszyć. – Na górę – dodała jeszcze, bo do jej pokoju to nie miał okazji jeszcze zawędrować.
– Martwiłam się – kiedy zaś byli przy schodach, Isabella powiedziała to bardzo cicho, tak jakby wcale nie chciała być dosłyszana, a Victoria… Zacisnęła usta i poczuła, że chyba łzy zbierają jej się w oczach.
Pokój Victorii był taki jak ona sama: poukładany. Całkiem przestronny, z dużym łóżkiem z baldachimem na jednym końcu, jednym większym oknem, z firaną i zasłonami. Było też biurko, regały obłożone książkami różnej maści, spora szafa, stojące lustro, duży, puchaty dywan na ciemnej drewnianej podłodze i przede wszystkim… wazony z kwiatami. Tymi, które dostała od Sauriela – dwa bukiety przygotowane przez jego matkę i jeden… ten który nazrywał sam. Tak, ciągle to wszystko miała.
Kiedy byli tutaj sami… Victoria poczuła, że niechciane łzy po prostu ściekają jej po policzkach, puściła Sauriela i wierzchem dłoni przetarła jeden z nich zamaszyście, wręcz ze złością. A potem po prostu odwróciła się do niego i objęła go w pasie, przyciskając czoło do jego ramienia.
– Przepraszam – wymamrotała pod nosem. Czuła emocjonalny rollercoaster i właśnie dlatego nie chciała zostawać sama, bo bała się, że się w końcu rozklei. Albo, ze rozklei się jeszcze bardziej, kiedy waga tego, co się wydarzyło, spadnie na nią całą mocą. Sauriel nawet nie wiedział jak bardzo się pomylił mówiąc, że mogła umrzeć. Mogła, a jakże. Mogła. A nawet więcej. Tak jakby… właśnie to się stało.