03.11.2022, 21:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2022, 23:53 przez Theseus Fletcher.)
Czasem zgadzamy się na coś bez większego zastanowienia, próbując w myślach sami dla siebie odkręcić potencjalną, pochopną decyzję. Rzecz w tym, że niektórzy, mimo zapewnienia samych siebie, że przecież jest inaczej, nie potrafili odmawiać. Theseus nie potrafił odmówić Brennie, a to sprowadziło go do marudnego przymierzania krawatów przed zdecydowanie zbyt zakurzonym lustrem, którego i tak końcowo nie przetarł.
Szedł na bal. Pełen wątpliwości, czy to jest dobry pomysł, ale bez perspektywy na wycofanie się z zabawy. Musiał jakoś wyglądać. Kiedy robiło się coraz cieplej, wolał rozchełstać koszulę, podwinąć rękawy i przemierzać świat bez patrzenia na modowe rewelacje. Ubierał to, co uznawał za wygodne lub w jakiś losowy sposób znalazło się w jego dłoniach. Nie chodzi o to, że nie miał gustu… Po prostu nie przepadał za krawatami.
Pojawił się na balu odpowiednio wcześnie, ale nie za wcześnie. Nie rozmawiali z Bernną na temat tego, gdzie dokładnie powinien odebrać swoją „parę”, założył po prostu, że musi się pojawić w okolicach gospodyni, aby ostatecznie poznać szczegóły. W innym razie musiałby zaczepiać każdą potencjalnie samotną kobietę w zasięgu kilku kroków, co mogłoby się Brennie nie spodobać.
Po potwierdzeniu zaproszenia i pozostawieniu płaszcza w szatni, ruszył za tłumem, rozglądając się po kolejnych pomieszczeniach, które jedynie kojarzył. Nie spieszył się z odnalezieniem przyjaciółki. Niewiele osób go witało, jeśli ktoś skinął do niego głową, to raczej przez pomyłkę albo z uwagi na ubytki w pamięci – bogaci tak mieli. Kiwaj ludziom, którzy wydają ci się do kogoś podobni albo ośmielą się utrzymać wzrok. Właściwie obydwie z tych rzeczy się zgadzały.
- Brenn. – Tym razem to on skinął głową z uśmiechem. Powściągliwie, ale przemyślanie. –
Świetnie wyglądasz. – Dłonie miał schowane za plecami, wyglądał trochę jakby grał lokaja, który gotów jest Brennie w czymś zaraz pomóc. – Jak zwykle zresztą. – Tak się mówi, prawda? A przecież miał rację.
Kątem oka rozejrzał się za innymi gośćmi zebranymi wokół gospodyni.
Szedł na bal. Pełen wątpliwości, czy to jest dobry pomysł, ale bez perspektywy na wycofanie się z zabawy. Musiał jakoś wyglądać. Kiedy robiło się coraz cieplej, wolał rozchełstać koszulę, podwinąć rękawy i przemierzać świat bez patrzenia na modowe rewelacje. Ubierał to, co uznawał za wygodne lub w jakiś losowy sposób znalazło się w jego dłoniach. Nie chodzi o to, że nie miał gustu… Po prostu nie przepadał za krawatami.
Pojawił się na balu odpowiednio wcześnie, ale nie za wcześnie. Nie rozmawiali z Bernną na temat tego, gdzie dokładnie powinien odebrać swoją „parę”, założył po prostu, że musi się pojawić w okolicach gospodyni, aby ostatecznie poznać szczegóły. W innym razie musiałby zaczepiać każdą potencjalnie samotną kobietę w zasięgu kilku kroków, co mogłoby się Brennie nie spodobać.
Po potwierdzeniu zaproszenia i pozostawieniu płaszcza w szatni, ruszył za tłumem, rozglądając się po kolejnych pomieszczeniach, które jedynie kojarzył. Nie spieszył się z odnalezieniem przyjaciółki. Niewiele osób go witało, jeśli ktoś skinął do niego głową, to raczej przez pomyłkę albo z uwagi na ubytki w pamięci – bogaci tak mieli. Kiwaj ludziom, którzy wydają ci się do kogoś podobni albo ośmielą się utrzymać wzrok. Właściwie obydwie z tych rzeczy się zgadzały.
- Brenn. – Tym razem to on skinął głową z uśmiechem. Powściągliwie, ale przemyślanie. –
Świetnie wyglądasz. – Dłonie miał schowane za plecami, wyglądał trochę jakby grał lokaja, który gotów jest Brennie w czymś zaraz pomóc. – Jak zwykle zresztą. – Tak się mówi, prawda? A przecież miał rację.
Kątem oka rozejrzał się za innymi gośćmi zebranymi wokół gospodyni.