Uniósł prawą brew na słowa swojego pierworodnego. Zaledwie chwilę temu ten mężczyzna zasugerował mu podążanie na południe. Tak samo jak ta przerażająca kobieta. Uwierzył słowom syna, który nie okłamałby go w tak istotnej sprawie.
— Przed pojawieniem się tej kobiety sam wskazałeś nam południe. Zapewne to lokalna Wiedząca. Nie wolno lekceważyć tak istotnych wskazówek, zwłaszcza gdy chodzi o ludzkie życie. Bogowie nam sprzyjają, synu — Zabrał głos po przeanalizowaniu słów syna. Owszem, cała sytuacja była dziwna i przerażająca, jednak wszystko układało się po ich myśli.
Dagur wciąż wierzył w bogów wyzwanych przez ich przodków. Była ona dla niego bardzo istotna w codziennym życiu. Starał się pomóc swojemu synowi w ponownym podjęciu słusznej decyzji. Bo on swoją już podjął. Do wielu rzeczy musiał on sam dojść. Nie zamierza go popędzać, chyba że ten proces decyzyjny miał trwać zbyt długo. Czego wcale nie był taki pewien, widząc jak Hlajmar krąży w kółko.
— Czyli zmierzamy w dobrym kierunku. Jeśli będzie kogoś uratujemy. Będziemy mieli też pewność, że to prawdziwa Wiedząca — Wypowiadając te słowa podążył w obranym kierunku. Uratują tyle osób, ile się tylko da. Ogromny wzrost i idące z nim gabaryty odbierały mu dużo zwinności. Nie mógł mieć wszystkiego. Posiadana przez niego siła bardzo się przydawała. Nie tylko teraz ale również na co dzień.
Podążanie w kierunku wskazanym przez Szeptuchę doprowadziło ich do rannego mężczyzny. To nie mógł być przypadek, że wskazała im drogę do człowieka potrzebującego pomocy uzdrowicieli. O tym, że ta przerażająca kobieta miała rację, porozmawiają po wszystkim. Teraz wchodziło w grę ludzkie życie.— Wezmę go. Zaniesiemy go do namiotu uzdrowicieli i potem tutaj wrócimy — Powiedział do syna. Przykucnął na ziemi nad rannym mężczyzną i z łatwością podniósł go z ziemi. Ponownie musieli przebyć drogę przez las aby dotrzeć do stacjonujących w pobliżu uzdrowicieli aby oddać w go w ich ręce.