Cicho parsknąłem śmiechem pod nosem. Nie potrafiłem panować nad Bellem i nie zamierzałem. Czasami jego docinki naprawdę mnie bawiły, ale przywykłem do nich. Bell był ze mną odkąd skończyłem pięć lat i zawsze taki był. Nie zamierzałem go strofować za często chyba, że psuł mi jakąś relacją z osobą, która była w moim guście, która mnie intrygowała. Wtedy miałem zamiar mu nie raz dociąć, aby się nie odzywał nie proszony. Teraz miałem totalnie gdzieś jak zwracał się do Croucha. Martin był dorosłym człowiekiem i miałem nadzieję, że nie da się czarnemu kocurowi.
Ruszyliśmy dalej, a ja starałem się skupić na otoczeniu, aby nasłuchiwać wołania o pomoc.
– Co pana skusiło, aby uczestniczyć w pomocy dzisiaj? – zapytałem z ciekawości. Lubiłem rozmawiać, a teraz była idealna ku temu okazja. Póki nic nas nie chciało spalić. – Mam nadzieję, że pana krewni są cali i zdrowi – dodałem jeszcze z nutką zmartwienia w głosie.
Moje skupienie przerwało wołanie jakiegoś stworzonka, które złapał Bell. Westchnąłem ciężko.
– Bell coś ty próbował złapać? – zapytałem zmartwiony czując jak na moją twarz spada jakiś dziwny pyłek dodający mi siły. To było miłe uczucie.