09.07.2023, 22:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2023, 22:35 przez Cathal Shafiq.)
Cathal poczekał z zebraniem się do pracy, aż upewnił się, że zaklęcie, którego użyła Alethea, go nie zabije. I dopiero potem zaczął mocować się z pniami, pozwalając, aby czarownica z kolei poruszała je za pomocą czarów, pomagając mu uprzątnąć ten bałagan. Zaciskał szczęki, zarówno z wysiłku, jak i pewnej irytacji. Na ciotkę, na kuzyna, na siebie, na ten las i przede wszystkim na Voldemorta. Gdyby nie ten cholerny atak na Beltane, dziś – zgodnie z planem – wstałby późno, odsypiając święto i przygotowywał się do tego, by jutro na stałe przenieść się na wykopaliska.
Tymczasem niewyspany po tym, jak nocą odprawiali egzorcyzmy, znajdował w Kniei ćpunów i mocował się z drzewami. W dodatku każdy moment tego paskudnego dnia zapisywał się w jego pamięci z fotograficzną dokładnością.
Gdy droga stała się jako taka bezpieczna, Shafiq przysiadł na moment na jednym z pni i otarł pot z czoła. Za pomocą zaklęcia aquamenti wyczarował strumień wody, by się napić. Choć to był początek maja, w Anglii, gdzie było mu po Egipcie wręcz nazbyt zimno, teraz się zgrzał.
– Wracamy. Nie ma mowy, żebym chodził po tym lesie dalej – skwitował. Krewny, nie krewny, Cathala w tej chwili bolały ręce, kręgosłup i czuł się bardzo, bardzo starym człowiekiem, choć w świecie czarodziejów trzydzieści pięć lat nie podpadało jeszcze nawet pod wiek średni. Był zmęczony, marzył o łóżku i kąpieli – nie mógł zdecydować, co kusi go bardziej. A nawet gdyby nie był skrajnie zmęczony, i tak uważałby, że zrobił dostatecznie dużo.
– Idziemy do Doliny? – spytał Ronald z nadzieją. On też miał dość. Cuchnącego, śmierdzącego ćpuna i pewnie także Cathala i Lety, którym daleko było od rycerzy w lśniących zbrojach. Był też zmęczony, nawet jeżeli to nie on mocował się właśnie z drzewami.
– To już blisko – przytaknął Shafiq. Sięgnął po koszulę i założył ją na grzbiet.
A potem ruszył w dół ścieżki, którą ledwo co oczyścili.
Tymczasem niewyspany po tym, jak nocą odprawiali egzorcyzmy, znajdował w Kniei ćpunów i mocował się z drzewami. W dodatku każdy moment tego paskudnego dnia zapisywał się w jego pamięci z fotograficzną dokładnością.
Gdy droga stała się jako taka bezpieczna, Shafiq przysiadł na moment na jednym z pni i otarł pot z czoła. Za pomocą zaklęcia aquamenti wyczarował strumień wody, by się napić. Choć to był początek maja, w Anglii, gdzie było mu po Egipcie wręcz nazbyt zimno, teraz się zgrzał.
– Wracamy. Nie ma mowy, żebym chodził po tym lesie dalej – skwitował. Krewny, nie krewny, Cathala w tej chwili bolały ręce, kręgosłup i czuł się bardzo, bardzo starym człowiekiem, choć w świecie czarodziejów trzydzieści pięć lat nie podpadało jeszcze nawet pod wiek średni. Był zmęczony, marzył o łóżku i kąpieli – nie mógł zdecydować, co kusi go bardziej. A nawet gdyby nie był skrajnie zmęczony, i tak uważałby, że zrobił dostatecznie dużo.
– Idziemy do Doliny? – spytał Ronald z nadzieją. On też miał dość. Cuchnącego, śmierdzącego ćpuna i pewnie także Cathala i Lety, którym daleko było od rycerzy w lśniących zbrojach. Był też zmęczony, nawet jeżeli to nie on mocował się właśnie z drzewami.
– To już blisko – przytaknął Shafiq. Sięgnął po koszulę i założył ją na grzbiet.
A potem ruszył w dół ścieżki, którą ledwo co oczyścili.