Czy był jakiś powód, dla którego Lupinowie mieliby nie przekazać, chociaż części zapasów dla wolontariuszy? Bądź co bądź, to też podpadało pod udzielenie pomocy ocalałym z festiwalu, skoro nie mogli pomóc na miejscu. Poza tym w służbę medyczną była zaangażowana także Cecylia, jak i Cedric. Na pewno nie przeszliby obojętnie wobec braku różnych specyfików na polanie. Cameron swoją sugestią po prostu... przyspieszał nieco cały proces. Chociaż na tyle mógł się zdać, oprócz bezpośredniej pomocy w namiotach medyków.
Chociaż w całym rozgardiaszu nie zwrócił zbytnio uwagi na to, że Florence nie kontrolowała jego pracy, zajmując się własną pacjentką, tak podświadomie był wdzięczny za to, że mógł to zrobić po swojemu. Może nieco niekonwencjonalnie i w nerwach, ale jednak. Nie pogorszył sprawy, a to jego zdaniem był swego rodzaju sukces. Nie było to jednak nic, z czego powinien być dumny, bo jednak brak wyrządzenia kolejnych szkód ciężko było zaklasyfikować jako wielkie zwycięstwo.
— Ekhm... L-lepiej z-zajmować s-się j-jednym problemem naraz? M-może, chyba, t-tak m-myślę? — zabełkotał, gdy uzdrowicielka znalazła się za jego plecami. [a]— T-teraz b-bandaże działają, więc m-można pomóc innym. G-gdy będzie trzeba mu z-znów p-pomóc, t-to b-będziemy gotowi.
[a]Bulstrode była najwyraźniej lepiej rozeznana z tym, jakie efekty na tutejszą magię wywarł atak Śmierciożerców. Spuścił głowę, gdy przeprowadziła inspekcję jego pacjenta. Wepchnął dłonie do kieszeni fartucha medycznego. Dopiero gdy otrzymał wynik oględzin, wypuścił powoli powietrze z ust. Jak to jednak było w stylu Florence... Każda pochwała niosła za sobą kilka słów krytyki. Kto by się spodziewał, pomyślał pusto Lupin, oblewając się lekkim rumieńcem.
— Rozumiem. Przepraszam. — Uciekł wzrokiem w bok.
Nie było to sprawiedliwe, że nawet w takich warunkach nie mógł pokazać, że też się stresował, a zamiast tego musiał to dusić w sobie. Z drugiej strony... Na wykładach z obchodzenia się z pacjentami chyba faktycznie było coś wspomniane o „właściwym podejściu”. Cóz, nikt nie był idealny.
Oczy mu się rozświetliły, gdy dostał nowe informacje na temat Heather. Momentalnie wpadł w swego rodzaju nostalgiczny nastrój, czując nagłą tęsknotę za dziewczyną. Powinien się znaleźć przy niej teraz, zaraz. Zobaczyć czy nic jej nie jest i dowiedzieć się, co się wydarzyło z jej perspektywy na polanie. Cameron zaczął się gorączkowo rozglądać po namiocie w poszukiwaniu rudej czupryny.
— Dziękuję. Za wiadomość i... opiekę nad nią...? — Zmarszczył lekko brwi, mając nadzieję, że faktycznie trafił i to Flo miała wcześniej pod opieką Wood. Co by nie mówić, była specjalistką, więc wiedziała, co robi. Mógł więc ufać, że jej ocena stanu zdrowia brygadzistki była dobra. — Będę miał oczy dookoła głowy. Obiecuję.
Na większe zapewnienia nie było go w tej chwili stać. Gdy pozwolono mu już na dobre odejść od pacjenta, Cameron ruszył na poszukiwania Heather, mając oczywiście na względzie, że nawet gdy już znajdzie się u jej boku, to nie będzie mógł tam zostać na wieki. Bądź co bądź, miał jeszcze innych pacjentów pod opieką. Przynajmniej na ten moment.