Sam wrócił z lasu z Brenną Longbottom. Sporo widzieli tam razem. Nie do końca tego się spodziewał. Widok dziecka, które chwilę wcześniej straciło życie był mocno przygnębiający. Odprowadził swoją wcześniejszą partnerkę do namiotu, żeby zdała relację z tego, co udało im się znaleźć. Czuł, że Brenna zrobi to lepiej. Z tego żyła, była pracownikiem BUMu, kto jak nie ona opowie lepiej o tym, co widzieli. Wiedziała, które szczegóły są istotne dla sprawy, nie to co on. Miał jeszcze trochę siły, więc postanowił udać się na kolejną wędrówkę do lasu.
Nim jednak to zrobił zaczął wypatrywać Danielle. Czuł, że wczoraj była w niebezpieczeństwie, chciał ją zobaczyć, niby napisała, że wszystko u niej w porządku, ale miał ochotę się upewnić. Na samą myśl o tym, że może ją gdzieś tutaj spotkać serce biło mu szybciej. Zawsze bardzo ją lubił, ale po tym pamiętnym Beltane chyba zrozumiał, że to coś więcej niż zwykła przyjaźń i bardzo chciał jej przekazać to, co czuje. Pewnie gdyby stanął przed nią, to nie byłby w stanie się odezwać... no ale miał nadzieję, że ją zobaczy, później będzie się martwił resztą.
Dosyć szybko został sprowadzony na ziemię, bo miła pani z namiotu znalazła mu kolejne towarzystwo do wyjścia w las. Zmierzył kobietę wzorkiem, krótko, po czym wyciągnął rękę w jej kierunku, aby uścisnąć ją na przywitanie. - Samuel Carrow. Pracownik ministerstwa. - Odparł trochę lakonicznie, bo nie do końca wiedział jako kto powinien się przedstawić. Nauczyciel teleportacji? Nie brzmiało to dobrze, jeszcze gorzej przynajmniej w jego opini wyglądała jego druga profesja - wynalazca. Mało kto traktował to poważnie. Zapamiętał jednak, że Florence jest uzdrowicielką, będzie musiał zapewnić jej bezpieczeństwo, bo w przeciwieństwie do Brenny, która radziła sobie w lesie lepiej od niego, to ona była przyzwyczajona raczej do leczenie ludzi, a nie walki z ewentualnym niebezpieczeństwem. Carrow był dżentelmenem, nie miał nic przeciwko temu, żeby obronić ją swoją piersią, gdy przyjdzie na to pora.
- Mamy więc plan. Ja już spędziłem w lesie trochę czasu od rana, nie chciałbym przeliczyć swoich sił i później marnować czasu kolejnych poszukujących na wyciąganie mnie z lasu, także idealnie się składa. Ruszajmy więc. - Całkiem szybkim tempem ruszył przed siebie, u boku kobiety, której nie znał, ale w takim nieszczęściu było mu to obojętne. Ważne, że również chciała pomóc.
Trzymał w dłoni różdżkę, gotowy na każdą ewentualność. Rozglądał się uważnie po Kniei, ciekaw, co znajdzie tym razem.
!A1