To już było tak, że jedni lubili kwiaty, a inni nie. Dla niej były wspaniałe – i ze względu na walory wzrokowe i zapachowe. Płatki opadały, pyłki przyprószały biurko bądź trawę wokół, ale zwykle wystarczył wiatr, by to uprzątnąć, albo jedno machnięcie różdżką. Pod względem ładu i porządku nie byli wcale różni, Ulysses maniakalnie układał wszystko jak od linijki, nic nie mogło być przypadkowe i Victoria robiła dokładnie to samo. Do kwiatów jednak miała słabość – roślin w ogóle. Tych dekoracyjnych i tych wykorzystywanych w alchemii, którą była zafascynowana równie mocno. Na szczęście czarodzieje nie byli uzależnieni od grabi.
- Musiałby ich najpierw jeszcze słuchać – dodała, kończąc temat Leacha. Jedno było pewne – wywodząc się z podobnego środowiska, odebrawszy podobne wychowanie, Ulysses i Victoria mieli bardzo podobne zdanie odnośnie upadłego Ministra Magii.
Pokiwała głową, uśmiechając się pod nosem, kiedy Rookwood dał odpowiedź na jej pytanie. Z jej strony to była ciekawość, chciała wiedzieć, co myśli, biorąc pod uwagę rozmowę o Ministrze, ale też pracując w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. Czy to wpływało na jego poglądy odnośnie zamieszkania? Ale odpowiedź jej nie zawiodła. Jakoś nie wyobrażała sobie Ulyssesa mieszkającego w podobnym domu, już nie wspominając nawet o tym, że pośród mugoli.
- Na pewno nie. Jakoś… brakuje mi w nim pewnego rodzaju duszy. No i nie mogłabym tutaj hodować wielu roślin – bo kto to widział na przykład wrzeszczącego żonkila, gryzące cebule albo mandragory w otoczeniu mugoli. Nie. Dobrze jej było w przestronnej rezydencji, z dużą ilością przestrzeni na ogród. Z dala od niemagicznych. - Ale w samym Little Hangleton… Czy ja wiem. Pewnie nie miałabym nic przeciwko, chociaż nic nie równa się z polami i lasami wokół Doliny Godryka – odpowiedziała i odwróciła się, by zerknąć przez okno do domu. Chyba chcieli jeszcze ich pomocy.