Wood przyglądała się uważnie przyjacielowi. Naprawdę cieszyła się, że był teraz przy niej. Robiło jej się jakoś tak cieplej na sercu, kiedy był tuż obok. Mimo, że nadal czuła dziwne rozczarowanie spowodowane wczorajszym, nieudanym rytuałem, to on był przy niej. Jak zawsze, gdy działo się coś złego. Mogła na niego liczyć bez względu na wszystko, co się działo. Czuła, że ma w nim prawdziwe oparcie, chociaż miała wrażenie, że chciałaby, żeby było to coś więcej, że to nie jest wystarczajace. Zamrugała, co wyrwało ją z krótkiego zamyślenia.
- Teraz też nie mam żadnych oczekiwań Kamiś. Cieszę się, że żyję. - Odparła zgodnie z prawda, bo patrząc na to, co działo się wokół mogło być gorzej. W namiocie było wielu rannych, ale doszły ją słuchy, że sporo osób również straciło życie. Była jednak w czepku urodzona.
- Wydaje mi się, że bierzemy udział w konflikcie zbrojnym. Wczoraj wszystko się zmieniło. Zaatakowali jawnie, to jest konflikt zbrojny, nie można tego nazwać inaczej. - Śmierciożercy przecież zaczęli otwartą wojnę, atakowali niewinnych, nie patrzyli na to, kto znajduje się na polanie, a przecież i tak ważni dla nich czystokrwiści byli tu obecni. Najwyraźniej również ich życia były im obojętne.
- To, co wczoraj widziałam. Oni nie mają żadnych granic, chcą przejąć władzę. Myślę, że już nie ma odwrotu, to się zaczęło. - Konflikt eskalował do gromnych rozmiarów. Voldemort poczuł, że jest to odpowiedni moment, aby uderzyć. Niby się tego spodziewali, wiedzieli, że coś się wydarzy, jednak ogrom zniszczeń naprawdę ją przerażał. Wydawało się jej, że tego nikt się nie spodziewał, że to będzie aż takie mocne uderzenie. Musieli się pozbierać, stanąć na nogi i zacząć szukać sprawców tego zamieszania.
Westchnęła glośno słysząc kolejne słowa przyjaciela. - Nigdy się nie przekonasz do latania, co? - Bawiło ją to, że nawet w takiej sytuacji migał się od tego, jak tylko mógł. - Auto brzmi dziwnie, nie znam wielu czarodziejów, którzy potrafią się nimi obsługiwać, miotły to co innego. - Nie zamierzała przestać zachwalać swojego ulubionego środka transportu.
- Czy ty również nie powinienieś po tym wszystkim odpocząć? - Skoro wywiało go gdzieś w pizdu, a sam nie wiedział ile to trwało, to też musiało być dla niego dosyć silne przeżycie. Był medykiem, nie przywykł do takich wydarzeń. Martwiła się o niego.
- Nie ma co. Przywalić komuś przypadkiem patelnią, kto jest taki mądry? - Spoglądała na Camerona uważnie, żeby dostrzec ewentualny ślad po tym narzędziu. Szkoda by było, żeby jego śliczna buzia na tym straciła.
- Tutaj przynajmniej coś się dzieje, coś czuję, że w Mungu dopiero będzie nudno. - Na samą myśl o tym, że miała zostać tam zamknięta na jakiś czas robiło się jej jakoś tak nieswojo. Nie znosiła ograniczeń, nawet jeśli istniały dla jej dobra.
- Wierzę, że się mną odpowiednio zaopiekujesz. - Powiedziała jeszcze uśmiechając się przy tym serdecznie. Miała przecież przed sobą profesjonalistę, wreszcie będzie mogła wrócić do tych czasów, kiedy to dochodziła do siebie pod jego czujnym okiem.
- Wreszcie znajdziesz dla mnie czas. - Nie, żeby nie robił co mógł. Wiadomo jednak jak to jest z pracą i dorosłym życiem. Dosyć często się mijali, a teraz mogli się widywać praktycznie codziennie, faktycznie brzmiało jak całkiem niezły pozytyw tej okropnej sytuacji. - Teraz już nie ma odwrotu. Skoro się zaoferowałeś, to zamierzam z tego korzystać i jakaś tam jędza Florence Bulstrode nie jest mi straszna. - Tak właściwie, to była całkiem ciekawa tego, czy będzie jej dane zobaczyć, jak szefowa Camerona odnosi się do niego w pracy, gdy coś wzbudzi jej niepokój będzie mogła zareagować, a Lupin wiele razy wspominał o tym, że nie ma z nią lekko.