Sądzimy, że twój ojciec nie żyje Rozbrzmiewało w jej głowie niczym echo, odbijające się od pustych ścian pokoju. W tym ułamku sekundy tysiąc różnorodnych myśli kotłowało się w jej umyśle, ale żadna z nich nie wykazywała się zdrowym rozsądkiem, by zaufać temu, co usłyszała. To był jakiś żart? Bardzo okrutny zresztą i nieśmieszny. Próba odegrania się za naruszenie prywatności Mavelle? Nie. Nie zrobiłyby tego.
Pierwsza faza żałoby. Wyparcie.Zerknęła to na jedną, to na drugą kuzynkę. Ich zmęczenie było widoczne gołym okiem, a ostatnie, kilka, bardzo trudnych dni odcisnęło swój ślad na pobladłej cerze Mav. Zaciemnione ślady pod powiekami Brenny pozwalały sądzić, że przespała może cztery, pięć godzin. Łącznie, od chwili gdy po nakropieniu czoła woskiem wyszły z domu, z pełną świadomością, że mogą nie przetrwać następnej nocy.
- Jak to, nie żyje? - powtórzyła niczym echo. - Przecież... widziałam go, dwa dni temu. Z chwilą, gdy wychodziliśmy na Beltane. Wyszedł chwilę przed nami, nie pamiętacie? Kiedy żegnałam go, wydawał się zdrowy, pełni sił... - i przede wszystkim żywy. Ludzie nie wyparowują tak nagle, gwałtownie, bez pożegnania.
Słowa kuzynek docierały do niej jak przez mgłę. Znała słowa, jakie do niej kierowały, potrafiła podać ich definicję, jednak złączone w jedną wypowiedź nie miały dla niej żadnego sensu. Jej tata, ten z anielską cierpliwością, na którym wybryki i irracjonalne pomysły córek połączone z kreatywnością najbliższego kuzynostwa nie robiły żadnego wrażenia i choć wielokrotnie miał ku temu solidne powody, nie podniósł na nie głosu? Ten, który w tak młodym wieku stracił swoją ukochaną i nigdy nie ożenił się powtórnie, mimo uprzejmych głosów z boku, że być może powinien, za priorytet stawiając swoje dzieci i karierę aurora? Mieliby już nigdy nie porozmawiać? Nigdy nie wysłuchałby opowieści z ciężkiego dyżuru, mimo że z żargonu uzdrowicieli rozumiał pojedyncze słowa? To niemożliwe.
Światła areny Longbottomów... Śmierciożerca... Wygrał.Słowa docierały do niej, mimo że stanowczo broniła się przez zrozumieniem ich.
- A co... a co z jego partnerem? Na pewno wiecie z kim miał dyżur tego dnia, prawda? - ożywiła się, spoglądając to na Mav, to na Brenn. Jeżeli walczył, nie był sam. Pochodziła z rodziny aurorskiej, wiedziała że patrole rzadko odbywają się w pojedynkę, tym bardziej przy wydarzeniu podwyższonego ryzyka, do jakich zaliczał się każdy sabat. - Rozmawiałyście z nim?
beauty and terror
just keep going
no feeling is final