Tak, łatwiej byłoby wezwać wsparcie. I pewnie obie by to zrobiły, gdyby tlyko potrafiły komunikować się za pomocą fal – ale nie umiały, a w świecie czarodziejów panowało to durnowate prawo zakazujące używać j-a-k-i-c-h-k-o-l-w-i-e-k zaklęć podpadających pod nekromancję, w tym zaklęcia Patronusa. Była to kompletna bzdura, bo prócz oczywistej ochrony przed dementorami i bycia kontrą na czarnomagicznego Maledisa (a niby jak aurorzy mieli się inaczej przed tym bronić…), dla tych, którzy nie potrafili w fale, był najszybszą formą komunikacji… Victoria nie miała zielonego pojęcia co to za mózg uznał, że wrzucenie wszystkich zaklęć nekromancji do jednego worka będzie wspaniałym pomysłem, dlatego kiedy nie trzeba było, to się ni cholery do tej durnoty nie stosowała. I tym samym udawała, że nie widzi, kiedy partner, z którym akurat ma coś do roboty, manifestuje Patronusa, albo że nie ma pojęcia, że niektóre zaklęcia uzdrawiania również się na tym opierają. Kiedy nie trzeba było – wygodnie po prostu pomijała stosowanie tej bzdury, która tak uprzykrzała i utrudniała życie. Tym niemniej wysłanie wiadomości do Ministerstwa w formie Patronusa… Noo mogłoby być ryzykowne. Jasne, zyskała niedawno na rozgłosie, bardzo wątpiła, że po akcji z Beltane ktokolwiek zdecydowałby się ją usunąć z posady, ale i tak jakoś… wolała nie ryzykować. I zająć się tym osobiście. Brenna wyszła chyba z podobnego założenia.
Kiedy dotarły do błotnistego brzegu rzeki – Victoria wyraźnie zwolniła, nie chcąc nieostrożnie poślizgnąć się i wpaść prosto do wody. Zimnej wody. Temperatura pewnie nie zrobi jej większej różnicy… ale nie miała ochoty na majową kąpiel podczas poszukiwań mugola i tego, co miało zęby i tak dalej. Szła więc ostrożnie za Brenną, w jednej ręce różdżka, w drugiej kula materiału sukni, która trzymała, żeby się nie zaplątać i nie wyrżnąć na głupi ryj. Jej towarzyszka rzuciła się niemalże na złamanie karku, ale Lestrange zamierzała być jednak znacznie ostrożniejsza i gdy Brenna zrobiła skok, Victoria na jej miejsce zrobiła kilka kroczków, starając się zachować równowagę i nogi stawiać bezpiecznie na piasku, błocie i kamieniach, badając wcześniej, które są stabilne, a które nie. Ukucnęła przy tych pierwszych, najbliższych śladach, mimowolnie marszcząc nos od paskudnego zapachu.
- Nieee – powiedziała po chwili, gdy różdżką podźgała pozostałości po jakichś tkankach i innych takich… - To bardziej jakiś zając albo coś podobnych rozmiarów – dodała i wtedy Longbottom powiedziała to przedziwnie brzmiące zdanie. Ta kłoda ma oczy. Tori uniosła głowę, nadal kucając, by obrócić ją w kierunku, w którym do tej pory patrzyła Brenna. Cóż… rzeczywiście. Były tam oczy.
Tyle, że to nie była żadna kłoda.
- Bren… Spokojnie. Nie ruszaj się – powiedziała jej i sama zamarła, patrząc na boki i starając się policzyć ile tu jeszcze było takich kłód, ile zajmie im ewentualna ucieczka z brzegu, ile z nich zdołają unieszkodliwić, zanim paszcze z zębiskami rzucą się na nie… Bo jak wiadomo – w pojedynkę to można szczekać co najwyżej jak chihuahua, ale w grupie… W grupie różne istoty zyskiwały na animuszu. - To nie żadna kłoda, tylko błotoryj. I dam sobie paznokcia uciąć, że jest ich tutaj więcej. One zawsze siedzą w stadzie – dodała. Jeden, dwa, trzy, cztery… oprócz tego co już otworzył oczy. Cholera. Nie była pewna jednej z kłód, ani tego czy widziała je wszystkie.