Nie wiedziała, że jej osoba sprawia mu taki dyskomfort. Gdyby wiedziała, to co by zrobiła? Pewnie próbowałaby na ile mogła w takim stanie ukryć myśli, by jak najbardziej udawać, że nic się nie stało, nic się nie dzieje i że nieważne. Ten dyskomfort był pewnego rodzaju odrzuceniem, który ciężko byłoby jej znieść w tej chwili. Ona nie czuła tego co on, tego dyskomfortu, ani sprzeczności emocji i tego co by chciała. Po prostu chciała być obok niego, blisko. Najbliżej jak się da. Ostatecznie to nie tak, że dopiero się poznali, znali się od pięciu miesięcy, wczoraj były zaręczyny, a dzisiaj… dzisiaj Victoria miała wrażenie że świat wywrócił się do góry nogami, ale pewne rzeczy działały jak taka kotwica. W tej chwili Lestrange bardziej ufała Saurielowi niż własnej rodzinie. Te miesiące znania się sprawiły też tyle, że była go zwyczajnie ciekawa, nie sądziła więc (póki co), że w jej ochoty czy potrzeby wkradł się potężny czar. W tej chwili wydawało jej się to wszystko jak najbardziej naturalne – bo wszystko inne było wywrócone do góry nogami.
Nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Tak – nie miała już pięknego warkocza, tylko normalnie rozpuszczone włosy. Jej mundur… miała kilka par. Jeśli tego nie będzie się dało naprawić to go po prostu wyrzuci. Ale jej wcale nie chodziło o wygląd zewnętrzny.
– Jedno i drugie – odparła za to. Przepraszała tak jego, jak siebie. Głównie jednak jego. Że nie widział jej teraz jako tę silną wersję siebie, która zawsze znajdowała jakieś wyjście z sytuacji, tylko słabą, zapłakaną kobietę, ewidentnie przytłoczoną przez przeżyty niedawno syf i emocje. Kobietę, która zamiast sama sobie poradzić, szukała oparcia w kimś, kogo nawet jakoś wybitnie nie znała, kto nie był jej przyjacielem – i być może chcąc tego oparcia stawiała go w jakimś takim niezręcznym położeniu. Kogo i czego zaś potrzebowała? Niestety nie rozdawano instrukcji obsługi do kobiety, z którą miało się prowadzić jakieś życie, trzeba było odkryć to samemu, o ile w ogóle chciało się to wiedzieć. A czy Sauriel chciał? To zależało już tylko od niego, czy zgłębi temat tego, jak obchodzić się z rozemocjonowaną Victorią.
– Nie wiem – mruknęła w odpowiedzi. Nie wiedziała czy chce o tym rozmawiać. Nie wiedziała czy nie chce. Nie wiedziała wielu rzeczy – głównie dlatego, że sama chciała sobie to jakoś poukładać w głowie. Ciężko jednak było to zrobić w dzień, który przespało się na raty. Albo kiedy ogromną jego część powoli odzyskiwało się wzrok. Wciąż jednak czuła (teraz fantomowy) ból, jaki rozlewał się po całym jej ciele przez… godziny. – Nie wiem. Nie rozumiem – powtórzyła, równie cicho co wcześniej, ale Sauriel siedział tak blisko niej, że na pewno słyszał jej słowa. – Nie wiem czy jest. Nie wiem jakie to będzie miało skutki, chyba nikt nie wie. Nie wiem, ja… - to była jej odpowiedź na to, czy teraz jest okej. W samochodzie powiedziała mu, że nic nie jest okej, ale ewidentnie żyła, chodziła, mówiła. Trzęsła się, ale żyła I nie wyglądała też jakby była ranna – żadnych złamań, żadnych ran, nic. Tylko to potworne zmęczenie i to, jak szybko się męczyła ruchem fizycznym. Pokręciła w końcu głową. – Wiem, że nie. Wiem, że myślisz, że przesadzam i panikuję – ale ona była w samym oku cyklonu i to tak dosłownie jak w przenośni. Była gdzieś… Gdzie żywi nie powinni wchodzić – i kiedy tam wchodziła, to nie miała pojęcia, że swoje ciało zostawiła daleko za sobą. – Nie jestem chora – dodała jeszcze ciszej.
Pozwoliła sobie na chwilę ciszy i obejmowania przez Rookwooda, kiedy sama usiłowała się uspokoić. Oczy miała teraz zaczerwienione, rzęsy mokre, policzki nieco wilgotne i oddychała przez usta, ewidentnie mając zatkany nos. W końcu się jednak wyprostowała i wstała, tylko po to, by poklepawszy się po kieszeniach, zacząć wyciągać z nich rzeczy. Swoją różdżkę, na szczęście w całości, piękny pierścionek z czarnym kamieniem, jaki wypadł jej z dziwnej maszyny przy stoisku, a na widok którego zmarszczyła brwi.
- Chyba nawet nie miałam czasu sprawdzić jak działa – odparła, odkładając go na łóżko obok swojej różdżki. Następnie wyciągnęła dwie bransoletki, jedna z zawieszką z koziorożcem, drugą ze skorpionem. Wyglądała na zaskoczoną – bo zupełnie zdążyła zapomnieć, że w ogóle było coś przed atakiem Śmierciożerców i że na chwilę dłużej zakręciła się przy stoisko z kamieniami. I że pomyślała wtedy o Saurielu i kupiła mu mały upominek, bo nie wiedziała, czy w ogóle na sabat dotrze czy nie. – Zapomniałam o tym – powiedziała, lekko ciągnąc nosem, a potem kącik ust drgnął jej delikatnie i jakimś takim odruchu uśmiechu. – Pomyślałam wtedy o tobie i że pasowałoby ci to do tych wszystkich skór – wyciągnęła też do niego dłoń z tą bransoletką. Pewnie nie było to nic specjalnego, ostatecznie było sprzedawane na festynie przed sabatem, ale to podobno intencje się liczyły. I pamięć. A ona pamiętała.