Nie chciała być ciężarem, ani problemem. Nie chciała być jajkiem, wokół którego trzeba było skakać i uważać na słowa. Nie chciała też, by fałszywie okazywano jej troskę. Ale też chciała być wysłuchana, chciała mieć jakieś oparcie, chciała żeby ktoś ją ścisnął i skleił do kupy. Tylko… nic na siłę. Nie tak, żeby jej powiedzieć, że to było tylko z litości, albo dlatego, że akurat w tym momencie nie umiało się odmówić.
– Nie dlatego, że miałbyś być zły. Tylko, że być może psuję jakieś twoje wyobrażenia o mnie – pani niezależnej, twardej i niezniszczalnej – ale może to była jej własna projekcja, narzucona na nią samą przez lata przez Isabellę. – Och… No tak. Ale nie robiłam tego dla zaciągnięcia długu – to że mu wtedy pomagała – nie oczekiwała zupełnie niczego w zamian. Chciała mu po prostu pomóc. Nie wiedziała, jak sam na to patrzył, czy widział w tym właśnie dług, czy czuł, że jest winien przysługę. Dla niej nie był to żaden zaciągnięty kredyt.
Ciekawość zabiła kota – dosłownie. To była jej ciekawość i jej wina, wiedziała to. Gdyby nie w głowie jednak myśl, nie wiadomo skąd, gdyby nie pewność i wiedza, to w życiu by jej do głowy nie przyszło włazić prosto w ogień. A tam miast zawrócić – szła dalej, wiedziona ciekawością. I miała za swoje. Spróbowała jednak odwzajemnić ten uśmiech – wyszło to blado.
– Wybacz – odpowiedziała szybko. Miał rację – nie wiedziała, co uważał. Tak zakładała, bo tak jej się wydawało, a to wszystko dlatego, że wyciągnęła takie wnioski z jego słów do niej kierowanych. – Nie nagadali nic za bardzo. Bardziej… dziwili się jak to możliwe. Jak możemy w ogóle żyć, jakim cudem się obudziliśmy – no i że nie wiedzą co poradzić na to nieprzemijające zimno. Fakt, nie mieli tam za dużo czasu na klątwołamacza, ani na inne bardziej specjalistyczne próby. Ale sam fakt tego, że po jednego z nich musieli wzywać kapłana z kowenu mówiło sporo o tym, że to nie do końca jest sprawa dla uzdrowiciela. – Ale w jednym masz rację – dodała i spojrzała w bok. – Jestem przerażona. I ogarnięta niewiedzą – przyznała mu rację. Ale w trochę inny sposób niż pewnie myślał. Z powodu tego, co widziała i przeżyła, a co nie do końca mieściło jej się w głowie. – Nie chcę ci robić papki z mózgu. Nie chodzi też o to, że chcę atencji i żebyś mi teraz mówił, że „ale co, o co ci chodzi, powiedz powiedz” – to ostatnie zaintonowała zupełnie tak jak niektóre panny z dobrych domów (ale nie tylko dobrych) potrafiły. – Ja po prostu sama nie do końca rozumiem co się stało. Byłam gdzieś, gdzie nie powinnam być, gdzie nie ma miejsca dla żywych – zadrżała bardziej niż robiła to ciągle się trzęsąc nieprzyzwyczajona do zimna. Naprawdę była przerażona. Bała się, że złamała jakieś tabu. Nie rozumiała niektórych rzeczy, a przede wszystkim roli Voldemorta w tym wszystkim. A najbardziej nie rozumiała tego, co działo się po tym, gdy już stamtąd zniknął. Ten dotyk na jej głowie był za to bardzo uspokajający.
- Mhm – tak, błyskotki dla kota, który był sroką. Znaczy nie wiedziała, że ma takie zapędy, po prostu pomyślała sobie, że będzie to do niego pasować, a że przy okazji był tutaj pewien symbolizm, delikatny, to dodatkowy 0plus. Bo chciała mu sprezentować coś spersonalizowanego, dopasowanego do niego, a nie po prostu byle bransoletkę. Wcześniej ogóle nie myślała, że coś mu kupi. To była myśl przy stoisku. – Co? – nie zrozumiała dlaczego „skubana”, ale skoro zapiął ją sobie na nadgarstku.. to chyba mu się podobało? Zaraz to zresztą potwierdził. - Nie ma za co. Cieszę się, że ci się podoba. I faktycznie pasuje – oceniła, przyglądając się teraz bransoletce na jego nadgarstku w zestawieniu do całości.