04.11.2022, 02:49 ✶
— Pani Volley. Mówiłem, że leki trzeba zażywać regularnie, prawda? Prawda. Mówiłem też, że trzeba je dawkować. Tak, mówiłem — rzucił spokojnie Cedric, posyłając przy tym pacjentce lekki uśmiech. Gdzieś w środku był już nieco zmęczony tym, że prowadzili tę dyskusję od dziesięciu minut, ale przecież nie mógł mieć jej tego za złe! Była starszą, schorowaną kobietą, która źle zapamiętała jego porady. To absolutnie normalne. Nie zapisała sobie jego zaleceń? Cóż, zdarza się!
— Ależ panie doktorze! Ja bym pamiętała, że coś takiego było mówione! Proszę mi nie wmawiać rzeczy, które się nie wydarzyły! — fuknęła oburzona kobieta, żywo gestykulując przy tym rękoma. Jej policzki zrobiły się przy tym dość czerwone. Lupin trafił w czuły punkt, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy. Bo chociaż faktycznie miała problemy z pamięcią, nic w świecie nie było w stanie jej tego uświadomić. Wiedziała lepiej. Koniec kropka.
Sam Lupin momentalnie się zmieszał, odruchowo cofając się do defensywy. Przecież nie chciał jej urazić! Wszystko, co mówił, kierowane było szczerzą troską o dobro pacjentów. Chociaż... co, jeśli miała rację? Na samą myśl o tym, że zachował się tak nieodpowiedzialnie, pobladł, w głowie szukając tego konkretnego wspomnienia. Zajęło mu to chwilę, ale ostateczny efekt przywitał z ulgą. Tak, zdecydowanie dał jej obok eliksirów rozpiskę użytkowania. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że ciężko byłoby ją przekonać do swoich racji, czego zresztą nie chciał robić. Bo co by mu to dało? Uznał, że lepiej będzie, jeśli pacjentka uzna, że miała rację.
— Pani Volley. Najmocniej przepraszam, jeśli faktycznie doszło do takiego niedopatrzenia. Jeśli nie ma pani nic przeciwko, przepiszę teraz odpowiednie zalecenia na kartce, dobrze? — odpowiedział w końcu, posyłając jej przy tym niepewne spojrzenie. Naprawdę liczył, że to przejdzie.
I chociaż twarz kobiety nieco złagodniała, nie zdążyła odpowiedzieć. Głównie dlatego, że do gabinetu weszła nagle doskonale znana Cedricowi kobieta. Sacharissa Macmillan. To, że ją znał, nie sprawiało jednak, że wiedział, co tutaj robi. W końcu miał jeszcze pacjenta! I chociaż wylewne tłumaczenia kobiety wyjaśniły mu, co się dzieje, wciąż nie potrafił otworzyć ust, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Ujmując to w sposób delikatny — był w szoku. W równym, jeśli nie większym była pani Volley, która poderwała się z kozetki i wykrzykując coś o tym, że to, jak pracuje ten szpital to skandal, opuściła gabinet, zamykając za sobą drzwi z głośnym hukiem.
Lekarz posłał w stronę drzwi smutne, żałosne spojrzenie. Doskonale wiedział, że pójdzie teraz do ordynatora, co będzie oznaczało dla niego problemy. Tym jednak zająć musiał się później. Teraz były inne, znacznie ważniejsze rzeczy, którym musiał poświęcić swoją uwagę.
Zerwał się od biurka i podszedł do kobiety, delikatnym ruchem zgarniając od niej chłopca, którego następnie przeniósł na kozetkę. Położył go na łóżku, po czym z pojemniczka na stoliku wziął patyczek, aby spojrzeć chłopcu na gardło. Miał nadzieję, że cokolwiek było powodem tego stanu, wciąż nie zostało połknięte.
— Ambroś. Bawiłeś się dzisiaj z bratem? Czy używaliście czegoś, co Twój brat mógł połknąć? — rzucił spokojnym głosem w stronę stojącego obok matki chłopca, po czym wolną ręką sięgnął po różdżkę, na końcu której rzucił *lumos*, chcąc nieco rozświetlić wnętrze jamy ustnej pacjenta. — Hmm, coś tu widzę. No dobrze, młody kawalerze. Musisz być dzielny i przez chwilę się nie ruszać — dodał jeszcze do Bartusia, posyłając mu spokojny, ciepły uśmiech.
W międzyczasie zerknął kontem oka na Sacharissę, mając nadzieję, że kobieta zdążyła się uspokoić, przynajmniej odrobinę. Naprawdę nie lubił widzieć jej w takim stanie. Zawsze mu imponowała, zarówno urodą, jak i pewnością siebie.
— Ależ panie doktorze! Ja bym pamiętała, że coś takiego było mówione! Proszę mi nie wmawiać rzeczy, które się nie wydarzyły! — fuknęła oburzona kobieta, żywo gestykulując przy tym rękoma. Jej policzki zrobiły się przy tym dość czerwone. Lupin trafił w czuły punkt, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy. Bo chociaż faktycznie miała problemy z pamięcią, nic w świecie nie było w stanie jej tego uświadomić. Wiedziała lepiej. Koniec kropka.
Sam Lupin momentalnie się zmieszał, odruchowo cofając się do defensywy. Przecież nie chciał jej urazić! Wszystko, co mówił, kierowane było szczerzą troską o dobro pacjentów. Chociaż... co, jeśli miała rację? Na samą myśl o tym, że zachował się tak nieodpowiedzialnie, pobladł, w głowie szukając tego konkretnego wspomnienia. Zajęło mu to chwilę, ale ostateczny efekt przywitał z ulgą. Tak, zdecydowanie dał jej obok eliksirów rozpiskę użytkowania. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że ciężko byłoby ją przekonać do swoich racji, czego zresztą nie chciał robić. Bo co by mu to dało? Uznał, że lepiej będzie, jeśli pacjentka uzna, że miała rację.
— Pani Volley. Najmocniej przepraszam, jeśli faktycznie doszło do takiego niedopatrzenia. Jeśli nie ma pani nic przeciwko, przepiszę teraz odpowiednie zalecenia na kartce, dobrze? — odpowiedział w końcu, posyłając jej przy tym niepewne spojrzenie. Naprawdę liczył, że to przejdzie.
I chociaż twarz kobiety nieco złagodniała, nie zdążyła odpowiedzieć. Głównie dlatego, że do gabinetu weszła nagle doskonale znana Cedricowi kobieta. Sacharissa Macmillan. To, że ją znał, nie sprawiało jednak, że wiedział, co tutaj robi. W końcu miał jeszcze pacjenta! I chociaż wylewne tłumaczenia kobiety wyjaśniły mu, co się dzieje, wciąż nie potrafił otworzyć ust, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Ujmując to w sposób delikatny — był w szoku. W równym, jeśli nie większym była pani Volley, która poderwała się z kozetki i wykrzykując coś o tym, że to, jak pracuje ten szpital to skandal, opuściła gabinet, zamykając za sobą drzwi z głośnym hukiem.
Lekarz posłał w stronę drzwi smutne, żałosne spojrzenie. Doskonale wiedział, że pójdzie teraz do ordynatora, co będzie oznaczało dla niego problemy. Tym jednak zająć musiał się później. Teraz były inne, znacznie ważniejsze rzeczy, którym musiał poświęcić swoją uwagę.
Zerwał się od biurka i podszedł do kobiety, delikatnym ruchem zgarniając od niej chłopca, którego następnie przeniósł na kozetkę. Położył go na łóżku, po czym z pojemniczka na stoliku wziął patyczek, aby spojrzeć chłopcu na gardło. Miał nadzieję, że cokolwiek było powodem tego stanu, wciąż nie zostało połknięte.
— Ambroś. Bawiłeś się dzisiaj z bratem? Czy używaliście czegoś, co Twój brat mógł połknąć? — rzucił spokojnym głosem w stronę stojącego obok matki chłopca, po czym wolną ręką sięgnął po różdżkę, na końcu której rzucił *lumos*, chcąc nieco rozświetlić wnętrze jamy ustnej pacjenta. — Hmm, coś tu widzę. No dobrze, młody kawalerze. Musisz być dzielny i przez chwilę się nie ruszać — dodał jeszcze do Bartusia, posyłając mu spokojny, ciepły uśmiech.
W międzyczasie zerknął kontem oka na Sacharissę, mając nadzieję, że kobieta zdążyła się uspokoić, przynajmniej odrobinę. Naprawdę nie lubił widzieć jej w takim stanie. Zawsze mu imponowała, zarówno urodą, jak i pewnością siebie.