04.11.2022, 03:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2022, 03:39 przez Cedric Lupin.)
Nie był fanem większych imprez, głównie dlatego, że nie potrafił się na nich odnaleźć. W dodatku czas ten mógł przeznaczyć na kolejne nadgodziny w szpitalu, gdzie przecież zawsze było tylu potrzebujących!
Munga opuścił w pośpiechu, zostawiając w biurze teczkę z dokumentami. Niestety dla niego, zorientował się o tym dopiero po 20 minutach w drodze, przez co musiał się wrócić. Bo chociaż nie było tam jakichś drażliwych danych, nie chciał ryzykować, że sprzątaczka przypadkiem wyrzuci kopie wszystkich recept, które wypisał tego dnia. W dodatku były tam wyniki badań kilku pacjentów, z którymi chciał się zapoznać w trakcie podróży. Do szpitala wkroczył biegiem i chociaż zaliczył zjazd na tyłku po schodach, finalnie zgarnął swoją torbę i ruszył w drogę. Już wtedy czuł, że zaczyna mu brakować tlenu, a płuca boleśnie kłują. Może to dlatego, że był w pracy od szóstej rano, a był już wieczór, a w międzyczasie niczego nie zjadł? Pewnie tak i chociaż Cedric był zdecydowanie fanem regularnego spożywania posiłków, dzisiaj po prostu nie miał na to czasu.
Był spóźniony, cholernie spóźniony i naprawdę go to martwiło. Nie chciał, żeby Brenna i Erik musieli czekać. Bo przecież obiecał im, że będzie. Oczywiście była też Danny, ale nieco wcześniej tego dnia wysłał jej wiadomość, że będzie musiał zostać dłużej w pracy. Tym razem nie spóźni się na ich randkę, a raczej przyjdzie spóźniony, ale usprawiedliwiony. Tak czy siak, sukces to sukces!
W końcu, z ogromną pomocą przypadkowo spotkanego czarodzieja, dostał się na miejsce. Jego oczom ukazała się wspaniała siedziba Longbottomów, która już od dziecka zapierała mu dech w piersiach. Wciąż jednak uważał, że tak wielką przestrzeń można by lepiej zagospodarować. Przecież w tych wszystkich pokojach było tyle miejsca co w kilku skrzydłach w Mungu! Nie przybyły tutaj jednak dzisiaj, aby znowu dyskutować o tym z Brenną.
Zasapany, spocony, rozczochrany i lekko zasmarkany. Pobieżnie wytarł czoło wierzchem dłoni, którym następnie przejechał po spodniach, chcąc się pozbyć nadmiaru wody. Gdy miał to już za sobą, stanął nieco bardziej równo i poprawił swój strój. Uniósł kołnierzyk w górę, przesunął dłońmi po materiale ubrań na klacie, próbując go wyprostować, poprawił zachodzące na oczy włosy, wytarł nos w chusteczkę, którą zaraz po tym wcisnął w czeluści kieszeni spodni. Wdech, wydech... wymioty.
Organizm Lupina w końcu się zbuntował i dał znać, że nie podoba mu się to, w jaki sposób jest traktowany. W trakcie wyrównywania płytkiego oddechu chłopak poczuł gwałtowne nudności. Przykładając dłoń do ust, próbując niejako spowolnić cały proces, skoczył do pobliskich krzaków, za którymi się schował, wydalając z siebie praktycznie wszystko, co wrzucił dzisiaj do środka, czyli niewiele.
Zajęło mu to kilka kolejnych minut, ale w końcu się uspokoił i wyłonił spomiędzy roślin, wracając na chodnik. Dostrzegł przy tym oburzone spojrzenia dwójki czarodziejów, którzy ewidentnie byli świadkami jego działań. Mimowolnie się zaczerwienił i wybąkał ciche przeprosiny, po czym szybkim krokiem udał się w stronę bramy wejściowej. Minąwszy ją, rozejrzał się szybko po zgromadzonych gościach, ale nie dostrzegł nikogo znajomego. Zauważył, że kilka osób się mu przyglądało, z racji, na co nerwowo przesunął wzrokiem po butach. Czyżby zwymiotował na buty i tego nie zauważył? Z ulgą przyjął, że to nie było powodem.
Gdyby tylko poświęcił temu kilka chwil uwagi, być może zauważyłby, o co chodziło. W całym swym pośpiechu Łupin zapomniał się bowiem przebrać. Wciąż miał na sobie nieco znoszone spodnie, które dopełniał długi, biały kitel, który po kilkunastu godzinach pracy był dość solidnie ubrudzony w kilku miejscach.
Raz jeszcze poprawił włosy, po czym ruszył do wejścia... gdzie się zatrzymał. Nie widział nigdzie Danny. Czyżby jeszcze nie przyszła? No, chyba że zdążyła już wejść do środka, gdzie na niego czeka? Przez kilka minut stał przed drzwiami, wahając się, co zrobić, ale finalnie podszedł do ochroniarza, któremu wręczył zaproszenie. Głównie dlatego, że mężczyzna posyłał Lupinowi podejrzliwe spojrzenie, które wprawiało go w spory dyskomfort.
Rosły mężczyzna posłał mu badawcze spojrzenie, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale finalnie jedynie kiwnął głową i wpuścił go do środka.
Cedric kiwnął mu głową, posłał przyjazny uśmiech, po czym wkroczył do środka, gdzie raz jeszcze zaczął się rozglądać. Po chwili, w niewielkim tłumie, dostrzegł Brennę, do której ruszył sprawnym krokiem. Kto jak kto, ale ona na pewno będzie wiedziała, czy Danny już się pojawiła.
Munga opuścił w pośpiechu, zostawiając w biurze teczkę z dokumentami. Niestety dla niego, zorientował się o tym dopiero po 20 minutach w drodze, przez co musiał się wrócić. Bo chociaż nie było tam jakichś drażliwych danych, nie chciał ryzykować, że sprzątaczka przypadkiem wyrzuci kopie wszystkich recept, które wypisał tego dnia. W dodatku były tam wyniki badań kilku pacjentów, z którymi chciał się zapoznać w trakcie podróży. Do szpitala wkroczył biegiem i chociaż zaliczył zjazd na tyłku po schodach, finalnie zgarnął swoją torbę i ruszył w drogę. Już wtedy czuł, że zaczyna mu brakować tlenu, a płuca boleśnie kłują. Może to dlatego, że był w pracy od szóstej rano, a był już wieczór, a w międzyczasie niczego nie zjadł? Pewnie tak i chociaż Cedric był zdecydowanie fanem regularnego spożywania posiłków, dzisiaj po prostu nie miał na to czasu.
Był spóźniony, cholernie spóźniony i naprawdę go to martwiło. Nie chciał, żeby Brenna i Erik musieli czekać. Bo przecież obiecał im, że będzie. Oczywiście była też Danny, ale nieco wcześniej tego dnia wysłał jej wiadomość, że będzie musiał zostać dłużej w pracy. Tym razem nie spóźni się na ich randkę, a raczej przyjdzie spóźniony, ale usprawiedliwiony. Tak czy siak, sukces to sukces!
W końcu, z ogromną pomocą przypadkowo spotkanego czarodzieja, dostał się na miejsce. Jego oczom ukazała się wspaniała siedziba Longbottomów, która już od dziecka zapierała mu dech w piersiach. Wciąż jednak uważał, że tak wielką przestrzeń można by lepiej zagospodarować. Przecież w tych wszystkich pokojach było tyle miejsca co w kilku skrzydłach w Mungu! Nie przybyły tutaj jednak dzisiaj, aby znowu dyskutować o tym z Brenną.
Zasapany, spocony, rozczochrany i lekko zasmarkany. Pobieżnie wytarł czoło wierzchem dłoni, którym następnie przejechał po spodniach, chcąc się pozbyć nadmiaru wody. Gdy miał to już za sobą, stanął nieco bardziej równo i poprawił swój strój. Uniósł kołnierzyk w górę, przesunął dłońmi po materiale ubrań na klacie, próbując go wyprostować, poprawił zachodzące na oczy włosy, wytarł nos w chusteczkę, którą zaraz po tym wcisnął w czeluści kieszeni spodni. Wdech, wydech... wymioty.
Organizm Lupina w końcu się zbuntował i dał znać, że nie podoba mu się to, w jaki sposób jest traktowany. W trakcie wyrównywania płytkiego oddechu chłopak poczuł gwałtowne nudności. Przykładając dłoń do ust, próbując niejako spowolnić cały proces, skoczył do pobliskich krzaków, za którymi się schował, wydalając z siebie praktycznie wszystko, co wrzucił dzisiaj do środka, czyli niewiele.
Zajęło mu to kilka kolejnych minut, ale w końcu się uspokoił i wyłonił spomiędzy roślin, wracając na chodnik. Dostrzegł przy tym oburzone spojrzenia dwójki czarodziejów, którzy ewidentnie byli świadkami jego działań. Mimowolnie się zaczerwienił i wybąkał ciche przeprosiny, po czym szybkim krokiem udał się w stronę bramy wejściowej. Minąwszy ją, rozejrzał się szybko po zgromadzonych gościach, ale nie dostrzegł nikogo znajomego. Zauważył, że kilka osób się mu przyglądało, z racji, na co nerwowo przesunął wzrokiem po butach. Czyżby zwymiotował na buty i tego nie zauważył? Z ulgą przyjął, że to nie było powodem.
Gdyby tylko poświęcił temu kilka chwil uwagi, być może zauważyłby, o co chodziło. W całym swym pośpiechu Łupin zapomniał się bowiem przebrać. Wciąż miał na sobie nieco znoszone spodnie, które dopełniał długi, biały kitel, który po kilkunastu godzinach pracy był dość solidnie ubrudzony w kilku miejscach.
Raz jeszcze poprawił włosy, po czym ruszył do wejścia... gdzie się zatrzymał. Nie widział nigdzie Danny. Czyżby jeszcze nie przyszła? No, chyba że zdążyła już wejść do środka, gdzie na niego czeka? Przez kilka minut stał przed drzwiami, wahając się, co zrobić, ale finalnie podszedł do ochroniarza, któremu wręczył zaproszenie. Głównie dlatego, że mężczyzna posyłał Lupinowi podejrzliwe spojrzenie, które wprawiało go w spory dyskomfort.
Rosły mężczyzna posłał mu badawcze spojrzenie, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale finalnie jedynie kiwnął głową i wpuścił go do środka.
Cedric kiwnął mu głową, posłał przyjazny uśmiech, po czym wkroczył do środka, gdzie raz jeszcze zaczął się rozglądać. Po chwili, w niewielkim tłumie, dostrzegł Brennę, do której ruszył sprawnym krokiem. Kto jak kto, ale ona na pewno będzie wiedziała, czy Danny już się pojawiła.