15.07.2023, 13:54 ✶
Rzeczy dziwaczne, na które zwracał uwagę Erik, dla Dolohova i osób wokół niego były czymś całkowicie normalnym. Życie jasnowidza nie kręciło się wokół oczywistych odpowiedzi i usilnego trzymania konwenansów, choćby miał to robić zębami – życiem Dolohova kierowały rzeczy zupełnie losowe, jego decyzje były wsparte o chaotyczny zlepek dziwacznych myśli i przepowiedni pojawiających się znikąd. Może to dlatego mężczyzna tak bardzo miłował sobie porządek i miał tak silną obsesję na punkcie kontroli – bo chciał mieć w garści wszystko, nad czym mógł zapanować, kiedy jego egzystencją kierował nurt strumienia świadomości. Tego już nawet Wspaniały Vasili Dolohov złapać nie potrafił.
Wyglądał jak zawsze. Jakby nosił na sobie ubrania warte więcej niż czyjaś roczna wypłata, ale szła za tym bardziej jakość, wygoda i elegancja, niż taki oczywisty przepych – Dolohov nie lubił ozdób, zbędnych gadżetów (no może oprócz całkiem pokaźnej kolekcji zegarów, które wisiały na ścianie za jego plecami, ale bazując na tym, że kukułki wyskakiwały z nich idealnie w momentach, w których ktoś przekraczał próg jego gabinetu można było założyć, że nie ich obecność nie była tutaj bez znaczenia), nadmiernie wzorzystych i świecących materiałów. Lubił ubrania krojone na miarę, pasujące na niego idealnie mimo wyjątkowo niewymiarowych proporcji, tuszujące mankamenty urody osoby chorobliwie chudej. Takie, które o nim mówiły, że był bogaty, ale zachowywały w tym tę istotną nutę pozostania mężczyzną z klasą. A chwilę wcześniej... Może jednak lubił ten przepych, tylko zdążył już o tym zapomnieć i...
Nim Longbottom przekroczył próg jego gabinetu, wróżbita był w kolejnej rozsypce. Powiedzenie, że nie układało mu się w życiu było naprawdę delikatnym ujęciem tego, co go spotkało. Wszystko co do tej pory zbudował zdawało się sypać niczym domek z kart, a on sam po prostu wariował. Trwanie tyle lat pod wpływem amortencji sprawiło, że czuł się jak, jakby zgubił w tym własną tożsamość. Kim on do diabła był? Tym starym kochasiem uśmiechającym się szeroko do kamery w garniturze w kwiaty, czy tym nieco bardziej nieprzyjemnym, nienawidzącym kobiet do cna, badaczem tajemniczych zjawisk? A może był czymś pomiędzy?
Kiedy usłyszał za drzwiami obco brzmiące kroki, a kolejna z kukułek wyleciała na zewnątrz i zaczęła świergotać na daszku zegara, Dolohov uśmiechnął się i wstał.
- Witam, panie Longbottom – powiedział, stawiając kilka długich kroków po „swojej” stronie gabinetu, a później wskazał dłonią na różne siedziska, które znajdowały się w środku – dodatkowe krzesło przy biurku, wygodny fotel i długa sofa stojące przy stoliku ze szklaną kulą. – Wreszcie odwiedza pan Prawa Czasu w sprawie ciekawszej niż potencjalne zaginięcie mojej żony... Pewnie dotarła do państwa list, że Anne wróciła do domu cała i zdrowa? – Wysłuchał tego, co mówił Longbottom z lekką konsternacją. Przywykł do tego, że to kobiety przepraszały za nic, ale to zdarzało się też mężczyznom, w których życiu kobiety odgrywały znaczącą rolę... Nikt inny by nie przepraszał za coś tak głupiego jak brak czasu po tym, jak jego Departament pozwolił na doprowadzenie przez Voldemorta do największej katastrofy ich czasów. Takich rzeczy nie pamiętano nawet z czasów wojny wywołanej przez Grindewalda, a przecież wielu śmiało mówić, że Voldemort nie dorastał jego sile i wiedzy do pięt. – Nikomu nic się nie stało, bo wszysycy opuścili teren sabatu zanim z nieba zaczął sypać się żar. Tylko zanim mnie pan posądzi o jakąś wiedzę, którą bym posiadł od tych po drugiej stronie barykady, przypomnę tylko, że to limo też przewidziałem, a jestem również całkowicie pewny, że do jego powstania nie przyczynił się żaden Śmierciożerca. – Zwrócił, znów szedł w kierunku swojego fotela, ale tuż przed nim zatrzymał się i odwrócił w stronę Longbottoma. – Z jakiegoś powodu kiedy był pan tutaj ostatnio, pomyślałem sobie: jaśmin, ale teraz widzę to wyraźniej – mocna, czarna herbata – pstryknął palcami, a drzwi otworzyły się ,wpuszczając do środka unoszącą się w górze tacę z dwiema filiżankami i dzbankiem gorącej wody – taka, która porusza duszę na długo – i której cierpki smak studzi nawet najbardziej dziwaczne myśli. – Ciekaw jestem, jaki symbol pojawi się na dnie pana filiżanki. Wszechświat zdaje się nie pozwalać panu na choćby chwilę znudzenia.
Wyglądał jak zawsze. Jakby nosił na sobie ubrania warte więcej niż czyjaś roczna wypłata, ale szła za tym bardziej jakość, wygoda i elegancja, niż taki oczywisty przepych – Dolohov nie lubił ozdób, zbędnych gadżetów (no może oprócz całkiem pokaźnej kolekcji zegarów, które wisiały na ścianie za jego plecami, ale bazując na tym, że kukułki wyskakiwały z nich idealnie w momentach, w których ktoś przekraczał próg jego gabinetu można było założyć, że nie ich obecność nie była tutaj bez znaczenia), nadmiernie wzorzystych i świecących materiałów. Lubił ubrania krojone na miarę, pasujące na niego idealnie mimo wyjątkowo niewymiarowych proporcji, tuszujące mankamenty urody osoby chorobliwie chudej. Takie, które o nim mówiły, że był bogaty, ale zachowywały w tym tę istotną nutę pozostania mężczyzną z klasą. A chwilę wcześniej... Może jednak lubił ten przepych, tylko zdążył już o tym zapomnieć i...
Nim Longbottom przekroczył próg jego gabinetu, wróżbita był w kolejnej rozsypce. Powiedzenie, że nie układało mu się w życiu było naprawdę delikatnym ujęciem tego, co go spotkało. Wszystko co do tej pory zbudował zdawało się sypać niczym domek z kart, a on sam po prostu wariował. Trwanie tyle lat pod wpływem amortencji sprawiło, że czuł się jak, jakby zgubił w tym własną tożsamość. Kim on do diabła był? Tym starym kochasiem uśmiechającym się szeroko do kamery w garniturze w kwiaty, czy tym nieco bardziej nieprzyjemnym, nienawidzącym kobiet do cna, badaczem tajemniczych zjawisk? A może był czymś pomiędzy?
Kiedy usłyszał za drzwiami obco brzmiące kroki, a kolejna z kukułek wyleciała na zewnątrz i zaczęła świergotać na daszku zegara, Dolohov uśmiechnął się i wstał.
- Witam, panie Longbottom – powiedział, stawiając kilka długich kroków po „swojej” stronie gabinetu, a później wskazał dłonią na różne siedziska, które znajdowały się w środku – dodatkowe krzesło przy biurku, wygodny fotel i długa sofa stojące przy stoliku ze szklaną kulą. – Wreszcie odwiedza pan Prawa Czasu w sprawie ciekawszej niż potencjalne zaginięcie mojej żony... Pewnie dotarła do państwa list, że Anne wróciła do domu cała i zdrowa? – Wysłuchał tego, co mówił Longbottom z lekką konsternacją. Przywykł do tego, że to kobiety przepraszały za nic, ale to zdarzało się też mężczyznom, w których życiu kobiety odgrywały znaczącą rolę... Nikt inny by nie przepraszał za coś tak głupiego jak brak czasu po tym, jak jego Departament pozwolił na doprowadzenie przez Voldemorta do największej katastrofy ich czasów. Takich rzeczy nie pamiętano nawet z czasów wojny wywołanej przez Grindewalda, a przecież wielu śmiało mówić, że Voldemort nie dorastał jego sile i wiedzy do pięt. – Nikomu nic się nie stało, bo wszysycy opuścili teren sabatu zanim z nieba zaczął sypać się żar. Tylko zanim mnie pan posądzi o jakąś wiedzę, którą bym posiadł od tych po drugiej stronie barykady, przypomnę tylko, że to limo też przewidziałem, a jestem również całkowicie pewny, że do jego powstania nie przyczynił się żaden Śmierciożerca. – Zwrócił, znów szedł w kierunku swojego fotela, ale tuż przed nim zatrzymał się i odwrócił w stronę Longbottoma. – Z jakiegoś powodu kiedy był pan tutaj ostatnio, pomyślałem sobie: jaśmin, ale teraz widzę to wyraźniej – mocna, czarna herbata – pstryknął palcami, a drzwi otworzyły się ,wpuszczając do środka unoszącą się w górze tacę z dwiema filiżankami i dzbankiem gorącej wody – taka, która porusza duszę na długo – i której cierpki smak studzi nawet najbardziej dziwaczne myśli. – Ciekaw jestem, jaki symbol pojawi się na dnie pana filiżanki. Wszechświat zdaje się nie pozwalać panu na choćby chwilę znudzenia.
with all due respect, which is none