A może po prostu poznali się już na tyle, że z góry założył co by na to powiedziała i dlaczego to robiła. Może przemyślał sobie jej zachowanie i reakcję i przyłożył do sytuacji, a z rachunku wyszło… że to nie było z jej strony wyrachowane działanie obliczone na korzyść. Chyba, że korzyścią w tamtym wypadku było to, że nic złego mu się nie stało – to tak. Może to gadanie, że prawie się nie znają, nie miało już żadnego przyłożenia i po prostu trzeba było je wsadzić pomiędzy bajki – bo tym to się stało. Transakcje i długi działały tak długo, jeśli były biznesami, interesami, a nie rozwijaną relacją pomiędzy dwojgiem ludzi, od których oczekiwano, że staną razem na ślubnym kobiercu – to znaczy o ile dla tych dwojga to też nie była korzyść. Ale Victoria patrzyła na to inaczej i nie intratnej umowy chciała, a domu, gdzie wracałaby z przyjemnością, a nie tylko po to, by modlić się, by zaraz wezwano ją do pracy.
- No wiem – rozumiała o co mu chodziło, tym niemniej nie uważała, że to był dług do spłacenia, by on ją też kiedyś zobaczył w takim stanie. Ale teraz… No widzieli się oboje w gorszych momentach swojego życia. - Więc wyglądam dokładnie tak, jak się czuję – odpowiedziała. Nie obraziła się, co prawda nie widziała się w lustrze, ale domyślała się co muszą widzieć inni. - Ale dzięki. Widziałam, że próbujesz znaleźć na to inne słowa – uśmiechnęła się blado. A nazwana Różyczką – przymrużyła leniwie oczy. Nawet to lubiła, te jego ksywki. Miał już na nią kilka różnych, a było to nawet urocze.
- Nie. Brygadzistką już byłam, wystarczy – odwróciła do niego głowę, przyglądając mu się przez momencik. Miała nadzieję, że to nie powrót do tamtej… dziiiiwacznej rozmowy, bo obecnie nie miałaby sił jej udźwignąć. - Nawet u nich, no popatrz… Na mnie też nie zobaczysz. Straszne gówno – ją ta loteria jakoś nie ubawiła. Kiedy zobaczyła co dostała, to pomyślała właśnie to: że co to za straszne gówno. Jakoś… Nie leżało to w gamie jej żartów. Nie to, że miała coś przeciwko tym sprośnym, wszystko zależało od chwili, sytuacji, ale to… To było po prostu… Niesmaczne. - Tak… Tak chyba zrobię. Gorącej kąpieli jeszcze na to nie próbowałam – upewniła się jeszcze, że w szufladzie przy łóżku znajduje się fiolka z eliksirem nasennym. Gdyby miała problem zasnąć… Zamierzała wziąć, żeby nie siedzieć i nie myśleć całą noc. Czuła się… No jakby rozjechał ją walec. I miała poczucie, że naprawdę musi odpocząć, tym razem w wygodnym łóżku, a nie na prowizorycznych, na szybko skleconych łóżkach w polowym szpitalu. Ostatnie o czym myślała to to, żeby posiedzieć z matką. - Jeśli chodzi o veritaserum… Jeśli potrzebujesz tego na szybko, to muszę cię rozczarować. Nie mam żadnego w zapasie. A to jeden z najtrudniejszych do uwarzenia eliksirów jakie znam. Przyrządza się go miesiąc. Mogę ci go przygotować jeśli bardzo chcesz, ale po pierwsze to potrwa, po drugie nie jestem pewna, czy mam wszystkie składniki… A jeśli nie mam to nie wiem kiedy uda mi się je zdobyć. A po trzecie nie wiem kiedy będę w stanie zejść do piwnicy i siedzieć nad eliksirami – ale nie mówiła nie. Po prostu musiał wziąć te wszystkie czynniki pod uwagę.
Ostatecznie też się podniosła z łóżka.
- Dziękuję. Za pomoc. I że zostałeś chociaż chwilę. Trochę mi lepiej – lepiej psychicznie rzecz jasna. Bo był obok, bo przyniósł jej tym jakiś taki spokój. - Będziesz musiał sam się odprowadzić, ja spróbuję się doprowadzić do porządku – …znał drogę, nie zgubi się przecież. I jakoś podskórnie wiedziała, że to zrozumie, zważywszy na to, że potrzebowała jego pomocy, żeby tu w ogóle wejść. - Ewentualnie możesz wyjść przez okno – mruknęła pod nosem i wydała z siebie taki dźwięk, jakby parsknęła ze śmiechu. Przytuliła go na chwilkę, na krótko, nim się pożegnali i Victoria życzyła mu miłej nocy… mimo całego tego bajzlu.
A kiedy wyszedł wezwała skrzatkę domową, prosząc ją o przygotowanie dla niej gorącej kąpieli jakiejś niedużej kolacji.