Skoro błotoryj potraktowany przez nią ogniem się odwrócił i zaczął tuptać z powrotem do wody – to Victoria założyła, ze nie po to, by teraz nagle zmienić zdanie. Kusiło ją trochę cisnąć w niego jeszcze powietrzem, by go pchnąć do tej wody szybciej i mocniej, ale wtedy Brenna machnęła entuzjastycznie różdżką i nastąpiła…
✨ Eksplozja ✨
I to nie byle jaka – bo wnętrzności błotoryja pofrunęły wszędzie wokół – gdyby to było Halloween, to dekoracje byłyby w punkt, ale mieliśmy początek maja i zwisające z gałęzi drzewa… tkanki… to nie był odpowiedni anturaż do wypuszczających pąki roślin. No i nie tylko z roślin – bo i Brenna i Victoria zostały… obryzgane…
I nagle nastała taka dziwna cisza, jeśli nie liczyć plaskania błotoryjskich łap o błocko, a potem plusku wody, kiedy już do niej wbiegły i odpłynęły. No i szamotania się jednego błotoryja w łańcuchach. Victoria była… Zszokowana – to chyba dobre słowo i aż zamarła, mrugając, nim do niej dotarło, ze coś jej spływa z twarzy… I… włosów… Uniosła rękę, rękawem przetarła najpierw czoło, potem jeden policzek… Najwyraźniej szukała w głowie jakieś słowa komentarza, ale tak prawdę powiedziawszy to przez moment w jej umyśle zatańczyła równie wielka cisza, niezmącona żadnymi konkretnymi myślami.
- Eee – zaczęła inteligentnie i mrugnęła jeszcze kilka razy, po czym machnęła ręką zamaszyście, chcąc strzepnąć z niej cokolwiek się tam przyczepiło. Tak, było obrzydliwie. I tak, obrzydzało to w jakimś stopniu nawet ją (nawet – bo jednak na co dzień obcowała z różnymi komponentami do eliksirów, a często były to jakieś różne… surowe części magicznych zwierząt; jednak mieć coś w dłoni specjalnie przygotowane a mieć coś na całym ciele dopiero co rozbryzgnięte… brrr). I wkurzało ją i jej poczucie, że wszystko powinno być równo ułożone i wysprzątane. Teraz nic nie było równo i wszystko było utytłane… wszystkim. - Nie – odpowiedziała w końcu krótko Brennie, po czym po prostu skierowała różdżkę na siebie, by użyć na siebie zaklęcia Tergeo i zmyć z siebie krew i reszty tego wszystkiego… Czegoś. A potem zamierzała zrobić to samo z Brenną, bo by przecież nie wytrzymała tutaj, widząc ją taką upstrzoną błotoryjem. - No… To chyba mamy to z głowy – jej wzrok padł teraz na złapanego żabola i próbowała ignorować to, że części tamtego były jeszcze na wszystkim wokół nich. - Trzy zwiały, jeden… zniknął. Jeden złapany. Chcesz go wręczyć w prezencie jako maskotkę do Działu Zwierząt w Ministerstwie? Albo może wolisz go przygarnąć i przeszkolić jako pomocnika brygadzisty? – zapytała w końcu, ewidentnie niezadowolona, że dopiero co została ubrudzona. - Trzeba tu będzie… posprzątać – mruknęła już bardziej do siebie.