To nie był najlepszy dzień. Najpierw złapało ją to poczucie melancholii, wyobcowania i niezrozumienia, a na domiar złego tęsknoty, która ją denerwowała, bo nie rozumiała do końca skąd się to bierze – ale było i się przy Saurielu uspokajała. Potem na spacerze w słońcu, które wcale jej nie ogrzało, spotkała Brennę, a chwilę później jakiś mugol przybiegł krzycząc, że tam jakiś stwór z zębami (tak, na pewno pies – ale najważniejsze, że uwierzył) w lesie siedzi. A jeszcze później stwór z zębami okazał się być piątką błotoryjów, które zezłoszczone próbowały zeżreć ją i pannę Longbottom. A jeszcze później (!) jeden z tych błotoryjów spektakularnie eksplodował, dzięki czemu miała na sobie… wszystko… z błotoryja. Na twarzy, we włosach, na ubraniu. I śmierdziało. Na szczęście istniały czary – więc już żadnej krwi i tkanek na sobie nie miała, ale wspomnienie zostało. Była ubrana w ciemną sukienkę do kostek, na tyle prostą, by ewentualny mugol nie stwierdził, że właśnie się wybiera na jakiś bal przebierańców, ale dla czarodzieja było jasne, że nie ma na sobie typowo mugolskich szmatek, widać też było, że nie były one tanie.
Wróciła więc do domu nieco zirytowana, ale jeszcze przed drzwiami rzuciła na siebie kolejny raz zaklęcie, by pozbyć się absolutnych resztek błota i innych rzepów, co jej się mogły w ubranie wczepić i dopiero kiedy się upewniła, że żadnego syfu do domu nie naniesie, to otworzyła drzwi. I jak gdyby nigdy nic przeszła korytarzem w głąb rezydencji, do dużego salonu, skąd planowała się skierować na górę i do łazienki. Magia magią… ale po prostu chciała się UMYĆ, by zmyć WRAŻENIE tego wszystkiego. I tu nastąpiła niespodzianka. Nie zastała swojej matki, a Sauriela.
Matka Victorii… Nie było jej w tym momencie w salonie. Po pyskówce, jaką Sauriel urządził tydzień temu, nie była zadowolona, ale chyba jednak zmartwienie o córkę w tym wszystkim wygrało. I jakoś znosiła te niemal codzienne wizyty Sauriela w ich domu. Może nawet uznała, że to jakiś *znak* i wolała jego wizyty i to, że narzeczeni mają ze sobą kontakt, niż kolejny miesiąc czy dwa ciszy. W każdym Razie Isabella zwykle ograniczała się więc do suchego „dobry wieczór”, bądź kiwnięcia głową na przywitanie, a następnie zaczynała Sauriela ignorować. I dzisiaj… Dzisiaj po prostu zmierzyła go wzrokiem, zapytana o Victorię powiedziała, że wyszła na spacer, a później zniknęła w innej części rezydencji zajmując się sobą.
Victoria zaś… Widząc tutaj dzisiaj Sauriela miała jakieś mieszane uczucie. Duża jej część poczuła jakąś taką dziwną ulgę i ucieszyła się, że go widzi. Ta mniejsza część zauważyła, że chyba coś jest nie tak. I nim się obejrzała, nie nawet zdążyła się z nim przywitać i spróbować rozchmurzyć, silne dłonie trzymały ją za materiał sukienki, a następnie pchały na ścianę, którą uderzyła plecami i na moment zaparło jej dech w piersi – i wcale nie z zachwytu. Z zaskoczenia. Zamrugała kilka razy, nim dotarł do niej sens całego zdarzenia. Nim dotarło co mówi, jak mówi i do kogo. Ale Victoria nie była strachliwa, nie było łatwo ją wystraszyć, a poza tym była w walecznym nastroju. I zaczęła sobie uzmysławiać… Być może dlaczego Anna się go bała.
Ledwo się zaręczyli, a Sauriel zaczynał na niej pokazywać swoje kolory, tak?
Jednak zamiast odpowiedzi z jej strony, doczekał się przyłożenia końcówki różdżki do swojego brzucha – bo Sauriel, kiedy tak ją pchnął na ścianę zapomniał chyba unieruchomić jej ręce, a Tori sięgnęła do kieszeni i różdżkę z niej wydobyła. I po prostu zamierzała się bronić. Bo na pewno nie będą ze sobą rozmawiali W TEN SPOSÓB.
- Odsuń się – powiedziała za to, z wyraźnym chłodem w głosie. Serce jej teraz waliło. Emocje robiły swoje. I zupełne niezrozumienie sytuacji – no bo co niby zrobiła? Nic.