Nie miało w zasadzie znaczenia, czy ją trzymał, czy był ciągle obok, czy się odsunął. Ważne było to, że ją pchnął na ścianę, a potem warczał do niej, jakby mu co najmniej pieska skrzywdziła. Jedyne za to co zrobiła, to po prostu wróciła z… dość intensywnego, ale nadal spaceru do domu, poirytowana. No i w zasadzie tyle. Cholera, nawet całkiem ciemno się nie zdążyło jeszcze zrobić, był dopiero wieczór, nieco późniejszy, ale nadal wieczór, a ona nie była małym dzieckiem, które musi się rodzicowi spowiadać z minuty spóźnienia na umówioną godzinę do domu. Ani się z Saurielem nie umawiała, że wróci o tej i o tej, ani do tej pory nie musiała mu mówić o wszystkich swoich planach wyjściowych – a to dzisiejsze to nawet nie był plan, a nagła potrzeba. I tyle.
Nie znali się za to od dzisiaj. Wiedziała, że Sauriel nie potrzebował różdżki, i że preferował rozwiązania… nazwijmy to… siłowo-rękoczynowe. Głównie dlatego miała teraz w dłoni różdżkę, bo zupełnie nie wiedziała czego się po nim spodziewać, skoro już zdążył ją na ścianę popchnąć, za nic tak właściwie. Do tej pory sądziła, że ich relacja nie wejdzie na takie tory, bo dlaczego by miała? Była to za to… Lampka ostrzegawcza. Bo ona na niego ręki by nie podniosła… Ale nie będzie przecież nadstawiać policzka do uderzenia. Jakiś szacunek do siebie trzeba było mieć.
- Póki się nie uspokoisz to nie mamy o czym rozmawiać – i póki się nie uspokoi i nie wyartykułuje sensownie swoich pytań, to ona mu nie zamierzała na nic odpowiadać. No bo dlaczego by miała? Co to, jakaś spowiedź? Uniosła za to wolną rękę, by lekko pomasować sobie plecy tuż poniżej karku, gdzie uderzyła o ścianę i wypuściła z ust powietrze, co brzmiało jak jakieś takie westchnięcie.