Moment, w którym zaakceptowałaby, że jej partner stosuje wobec niej przemoc, byłby momentem jej końca. Znaczy… partner. Jakkolwiek należało nazwać Sauriela, ale skoro był jej narzeczonym, to było to chyba właściwe słowo, nawet jeśli nie była to ich decyzja i nie łączyła ich żadna miłość. Ale mogłaby. Wiedziała, że jej słowa i zachowanie pewnie nie działało na niego uspokajająco. Ale na Matkę kochaną – byli w JEJ domu. Na JEJ terenie. To ona nie wiedziała co się właśnie do jasnej cholery dzieje, to on wyskoczył na nią z ryjem i to on ją popchnął – niego się nie spodziewającą, a tuż przed tym, choć widziała, że był czymś zirytowany, zdenerwowany nawet, to się ucieszyła na jego widok. Teraz… Teraz jej emocje robiły totalnego fikołka. Cieszyła się, że go widzi. I jednocześnie była na niego wkurzona. I zawiedziona nim. I nie wiedziała o co chodzi. Aż ją zakuło w sercu, przez co na moment przymknęła powieki, a jej teraz ostre rysy twarzy (choć na co dzień wyglądała przecież tak delikatnie i poważnie) wykrzywił jakiś taki grymas bólu. Nie rozumiała, naprawdę nie rozumiała czym sobie zasłużyła na takie zachowanie. Do tej pory Sauriel nigdy się wobec niej tak nie zachowywał i po prostu… No nie rozumiała tego. A jakoś nie przyszło jej do głowy, że wkurwiło go tak to, co poczuł. To, co ona musiała znosić każdej nocy, kiedy już się nie widzieli, bo Sauriel szedł „pracować”. Myślała, że to tylko ona. Że to przez Limbo, że… Nie, nie połączyła faktów, ani kropek.
Otworzyła oczy, kiedy Sauriel znalazł się nieco bliżej, gwałtownym ruchem odtrącając jej dłoń, by nie celowała w niego różdżką. Jej ciemnobrązowe oczy spojrzały na Sauriela i…
To wyglądało, jakby wzrok jej się nagle zamglił. Jakby straciła ostrość widzenia, i na moment… Na moment przestała go przed sobą widzieć. Różdżka wypadła jej z ręki a plecami dotknęła ściany, ale teraz już bez pomocy wampira.
!lestrange1