Obecność Stelli była jak najbardziej oczekiwane wytchnienie, które zaraz zamieniało się w karę. Surową i przede wszystkim zasłużoną karę o której wiedział tylko on sam. W głębi duszy, a raczej tego co z niej zostało, czuł się jakby ją oszukał - naobiecywał gruszek na wierzbie. No bo wszystko miało przecież już pójść z górki. Miał zdać ten przeklęty egzamin i zacząć żyć pełnią życia. A teraz nie było ani Anne, ani zdanego egzaminu ani niczego - nawet chęci do życia w tym pustym i szarym świecie.
Dotyk jej dłoni był przyjemny, ciepły jak zawsze. Przynosił miejscowe ukojenie, działał niczym remedium. Te było zbyt małe i słabe aby zagłuszyć cały wewnętrzny ból, emanujący z każdej ze stron. Miał w sobie jednak to coś, co sprawiało, że nie pozwalał Borginowi spojrzeć w oczy Avery - tak jak to miał w zwyczaju. Czuł blokadę, niemoc aby tego dokonać. Jakiś strach? Tylko właśnie przed czym? Czego tak bardzo się obawiał? Jednej rzeczy - tego, że ostatnia osoba dla której mógłby jakkolwiek żyć w tym wcieleniu, odwróci się od niego i zostawi... na pastwę losu... życia... śmierci... Samotności - bo to ona była najgorsza w tym wszystkim.
- Zawsze masz rację... - przyznał, upuszczając papierosa, który nie odnalazł źródła ognia aby móc uwolnić nikotynę do wnętrzności płuc Stanleya. Miałaś, masz i będziesz mieć... Mrugał bardzo powoli, mając wrażenie jakby czas stał w miejscu od dłuższej chwili. Zupełnie jakby nic się nie działo, jakby zasady panującego świata przestały go obchodzić czy obowiązywać. Kiedy siedzieli w ciszy, zdążył myślami odlecieć do którejś z odległych krain, zapominając o tym, że Stella była tutaj wraz z nim. Co ważniejsze nadal była i nie wyglądała jakby chciała zaraz zniknąć bez słowa.
Dopiero kolejne zdanie wypowiedzenie przez nią, sprowadziło go ponownie do tego pomieszczenia - Przepraszam... - dodał drżący ustami, które próbowały się mimo wszystko uśmiechnąć - okazać trochę podzięki za jej przybycie ale ból wszystko przyćmiewał - Nie wiem... - pokiwał przecząco głową. Nie miał pojęcia jakby mogła mu pomóc. Cieszył się, że była tuż obok ale nie stracił nigdy wcześniej kogoś bliskiego, więc tym samym nie wiedział jak się zachować albo jak dać sobie pomóc. Wiedział jedynie, że nie jest to coś o czym jutro zapomni.
- Nie mogłem nic zrobić... Nie mogłem jej pomóc... Nie mogłem nic... - powtarzał niczym jakąś mantrę, przenosząc ospale wzrok po przedmiotach znajdujących się na stole. Na dłuższą chwilę zatrzymał się przy liście z ministerstwa przy którym przymknął oczy - I co teraz... Co ja mam zrobić... - zapytał bez emocji, prosząc o poradę. Stella była jedyną osobą, która mogła mu doradzić. Znali się nie od dziś, rozmawiali o wielu rzeczach i to właśnie Avery dorobiła się u niego opinii tej nieomylnej, dobrej i miłej dziewczyny... której pomocy właśnie potrzebował. Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972