18.07.2023, 09:32 ✶
Victoria najpierw nieco wybałuszyła oczy na swoją towarzyszkę, a potem po prostu uniosła brwi.
- Ty w jeden dzień masz tyle atrakcji, co ja w tydzień – stwierdziła w końcu nieco sceptycznie. Nie to, że nie wierzyła Brennie – bo wierzyła, ta kobieta była jak magnes na… zdarzenia. Mniej czy bardziej absurdalne. Ale jaka statystycznie była szansa, że to wszystko przydarzy się jednej osobie, skoro choćby w Anglii było ich nie mało. Ale może właśnie taka była specyfika pracy jako brygadzista. Zaraz – nie. Przecież Viki też była przez dwa lata brygadzistką i choć dni potrafiły być intensywne, to przecież nie wyglądało to u niej aż tak. Więc może taka była specyfika pracy jako brygadzista i jednoczesne bycie Brenną, która zawsze wsadzi gdzieś ten swój zgrabny nosek. I potem się do niej tak ciągnie, jak ćmy do ognia. Tymi ćmami były tu kłopoty. - Drobny wypadek, no naprawdę… – westchnęła teatralnie i pokręciła głową, zamierzając zostawić ten temat. Nie pierwszy i nie ostatni raz się dziwiła.
Ale na tym nie miało być koniec zdziwień, bo ciemne brwi panny Lestrange znowu się uniosły, kiedy Brenna zaczęła swoją opowieść o spotkaniu przed Beltane.
- To dlatego Mavelle pytała jak dobrze go znam – to już nie było pytanie, po prostu stwierdzenie. Nagle wszystko stało się jasne. I nie, Victoria nie wyglądała na ani trochę zdziwioną. Chwilę milczała, jakby szukała albo ważyła słowa a ostatecznie pokręciła sama do siebie głową. - Cały czas mam wrażenie że z tym pokoleniem jest coś nie tak. Nie wiem co ich tak bardzo przeżarło, te wszystkie maniery… albo z wiekiem zaczyna się mieć coraz bardziej w dupie co inni o nas pomyślą? – stwierdziła i się skrzywiła. - Nie wiem czy wiesz, Chester to kuzyn mojej matki. Naprawdę zaczynam mieć wrażenie, że coś po tamtej stronie rodziny coś poszło mocno nie tak, ktoś pokpił sprawę i proszę bardzo, mamy takich radykałów – jak jej matkę. Jak Chestera. Jak ojca Sauriela… chociaż tak prawdę powiedziawszy sama uważała na mugolaków. Za dużo się napatrzyła na ludzkie tragedie, w części spowodowane właśnie przez nich, kiedy nie umieli postawić kreski pomiędzy jednym światem a drugim. - Przez kilka lat pracowałam z najstarszym synem Chestera w Pogotowiu. To zupełna odwrotność ojca, nigdy nie widziałam żeby się nieprofesjonalnie zwracał do jakiegokolwiek mugola albo mugolaka. I pomyśleć, że został wychowany przez niego, aż trudno byłoby uwierzyć że są spokrewnieni – ale znowu… sama Victoria też nigdy się w ten sposób nie zachowywała, a była wychowana przez ciężką rękę Isabelli. Nie mogła nie zauważyć, że są z Ulyssesem pod pewnymi względami do siebie podobni. - Wyjątkowo dziwne zachowanie. W sensie zawsze miałam Chestera za profesjonalistę. Opryskliwego ale jednak. Chociaż nigdy nie widziałam go przy żadnym mugolaku – bo myśleć coś sobie to jedno. Ale tak jak zauważyła Brenna – nie był tam sam na sam z Tommym, był otoczony innymi ludźmi. - Może na starość mu się coś – Victoria zatoczyła młynka palcem wskazującym przy swojej skroni i cicho zagwizdała - odkleiło? Zresztą… jakby mieli sami ustalać rzeczy to po co tam była cała reszta, jako wsparcie mentalne? Mogli odgórnie ustalić, wysłać nam sowy i nie zawracać dupy z łażeniem tam wcześniej.
- Ty w jeden dzień masz tyle atrakcji, co ja w tydzień – stwierdziła w końcu nieco sceptycznie. Nie to, że nie wierzyła Brennie – bo wierzyła, ta kobieta była jak magnes na… zdarzenia. Mniej czy bardziej absurdalne. Ale jaka statystycznie była szansa, że to wszystko przydarzy się jednej osobie, skoro choćby w Anglii było ich nie mało. Ale może właśnie taka była specyfika pracy jako brygadzista. Zaraz – nie. Przecież Viki też była przez dwa lata brygadzistką i choć dni potrafiły być intensywne, to przecież nie wyglądało to u niej aż tak. Więc może taka była specyfika pracy jako brygadzista i jednoczesne bycie Brenną, która zawsze wsadzi gdzieś ten swój zgrabny nosek. I potem się do niej tak ciągnie, jak ćmy do ognia. Tymi ćmami były tu kłopoty. - Drobny wypadek, no naprawdę… – westchnęła teatralnie i pokręciła głową, zamierzając zostawić ten temat. Nie pierwszy i nie ostatni raz się dziwiła.
Ale na tym nie miało być koniec zdziwień, bo ciemne brwi panny Lestrange znowu się uniosły, kiedy Brenna zaczęła swoją opowieść o spotkaniu przed Beltane.
- To dlatego Mavelle pytała jak dobrze go znam – to już nie było pytanie, po prostu stwierdzenie. Nagle wszystko stało się jasne. I nie, Victoria nie wyglądała na ani trochę zdziwioną. Chwilę milczała, jakby szukała albo ważyła słowa a ostatecznie pokręciła sama do siebie głową. - Cały czas mam wrażenie że z tym pokoleniem jest coś nie tak. Nie wiem co ich tak bardzo przeżarło, te wszystkie maniery… albo z wiekiem zaczyna się mieć coraz bardziej w dupie co inni o nas pomyślą? – stwierdziła i się skrzywiła. - Nie wiem czy wiesz, Chester to kuzyn mojej matki. Naprawdę zaczynam mieć wrażenie, że coś po tamtej stronie rodziny coś poszło mocno nie tak, ktoś pokpił sprawę i proszę bardzo, mamy takich radykałów – jak jej matkę. Jak Chestera. Jak ojca Sauriela… chociaż tak prawdę powiedziawszy sama uważała na mugolaków. Za dużo się napatrzyła na ludzkie tragedie, w części spowodowane właśnie przez nich, kiedy nie umieli postawić kreski pomiędzy jednym światem a drugim. - Przez kilka lat pracowałam z najstarszym synem Chestera w Pogotowiu. To zupełna odwrotność ojca, nigdy nie widziałam żeby się nieprofesjonalnie zwracał do jakiegokolwiek mugola albo mugolaka. I pomyśleć, że został wychowany przez niego, aż trudno byłoby uwierzyć że są spokrewnieni – ale znowu… sama Victoria też nigdy się w ten sposób nie zachowywała, a była wychowana przez ciężką rękę Isabelli. Nie mogła nie zauważyć, że są z Ulyssesem pod pewnymi względami do siebie podobni. - Wyjątkowo dziwne zachowanie. W sensie zawsze miałam Chestera za profesjonalistę. Opryskliwego ale jednak. Chociaż nigdy nie widziałam go przy żadnym mugolaku – bo myśleć coś sobie to jedno. Ale tak jak zauważyła Brenna – nie był tam sam na sam z Tommym, był otoczony innymi ludźmi. - Może na starość mu się coś – Victoria zatoczyła młynka palcem wskazującym przy swojej skroni i cicho zagwizdała - odkleiło? Zresztą… jakby mieli sami ustalać rzeczy to po co tam była cała reszta, jako wsparcie mentalne? Mogli odgórnie ustalić, wysłać nam sowy i nie zawracać dupy z łażeniem tam wcześniej.