18.07.2023, 17:26 ✶
Victoria przez moment nie patrzyła na Brennę, tylko gdzieś koło jej głowy, intensywnie nad czymś myśląc. A po prawdzie to zastanawiała się na ile może być z Brenną szczera. Ostatecznie w krótkim ruchu przygryzła usta i ciemne oczy przeniosła na kobietę.
- No dobra, bez owijania w bawełnę. Nie całe pokolenie, tylko pokolenie z linii mojej rodziny. A na pewno to od strony Parkinsonów. Nie musisz się gryźć w język, mam przecież oczy. Zresztą… mój narzeczony powiedział niedawno Isabelli kilka dosadnych słów o jej zachowaniu – co ogólnie było totalną ironią, biorąc pod uwagę że sam był jeszcze bliżej spokrewniony z Chesterem. I oni tam wszyscy byli jebnięci, Victoria naprawdę miała tego świadomość. Znaczy z każdą dodatkową informacją myślała o tym w ten sposób coraz bardziej. - Nie chcę ich bronić, ale obawiam się, że na to ich zachowanie musi mieć wpływ to, jak sami byli trzymani krótko. Za krótko. To taki ciągnący się sznurek i zamiast coś zmienić, robią dokładnie to samo, albo i bardziej, bo nie umieją inaczej, nie chcą umieć inaczej, a do pewnego momentu bardzo chcieli od swoich rodziców słyszeć, że robią dobrze – westchnęła. - I chyba nie mieli w życiu nikogo, kto mógłby im pokazać, że można inaczej – to nie tak, że Victoria chciałaby się bawić w jakiegoś zbawcę pokazującego innym jak mogą żyć – po prostu to były jej wnioski z tego, ile myślała nad tematem. Ale nie było to żadne usprawiedliwienie. - Cóż, do szefa departamentu mu daleko, więc chyba nie ma się o co bać – uśmiechnęła się do Brenny. - A ja uprzątnę tu jeszcze trochę i przypilnuję kolegę – przecież sobie nie pójdzie zostawiając zwierzaka w łańcuchach samego. - Co? A za co? – zdumiała się, ale odpowiedzi nie dostała, bo Brenna już zniknęła.
I z tym zdziwieniem wróciła do sprzątnięcia reszty bałaganu.
- No dobra, bez owijania w bawełnę. Nie całe pokolenie, tylko pokolenie z linii mojej rodziny. A na pewno to od strony Parkinsonów. Nie musisz się gryźć w język, mam przecież oczy. Zresztą… mój narzeczony powiedział niedawno Isabelli kilka dosadnych słów o jej zachowaniu – co ogólnie było totalną ironią, biorąc pod uwagę że sam był jeszcze bliżej spokrewniony z Chesterem. I oni tam wszyscy byli jebnięci, Victoria naprawdę miała tego świadomość. Znaczy z każdą dodatkową informacją myślała o tym w ten sposób coraz bardziej. - Nie chcę ich bronić, ale obawiam się, że na to ich zachowanie musi mieć wpływ to, jak sami byli trzymani krótko. Za krótko. To taki ciągnący się sznurek i zamiast coś zmienić, robią dokładnie to samo, albo i bardziej, bo nie umieją inaczej, nie chcą umieć inaczej, a do pewnego momentu bardzo chcieli od swoich rodziców słyszeć, że robią dobrze – westchnęła. - I chyba nie mieli w życiu nikogo, kto mógłby im pokazać, że można inaczej – to nie tak, że Victoria chciałaby się bawić w jakiegoś zbawcę pokazującego innym jak mogą żyć – po prostu to były jej wnioski z tego, ile myślała nad tematem. Ale nie było to żadne usprawiedliwienie. - Cóż, do szefa departamentu mu daleko, więc chyba nie ma się o co bać – uśmiechnęła się do Brenny. - A ja uprzątnę tu jeszcze trochę i przypilnuję kolegę – przecież sobie nie pójdzie zostawiając zwierzaka w łańcuchach samego. - Co? A za co? – zdumiała się, ale odpowiedzi nie dostała, bo Brenna już zniknęła.
I z tym zdziwieniem wróciła do sprzątnięcia reszty bałaganu.
Koniec sesji