18.07.2023, 23:45 ✶
- Powiedzmy że… niewiele widoków mnie tu zaskakuje – odparł Cathal. Czy naprawdę w jej oczach był jak posąg w lesie? Sam nie był pewny, czy jest aż tak nieporuszony. Wynikało ze splotu wiele rzeczy: znajomości luster, znajomości samego siebie, upartego charakteru, skłonności do stawiania czoła przeciwnościom oraz choroby przekazanej w genach, jego przekleństwa i błogosławieństwa zarazem.
Wiedział, co zobaczy w większości luster. Nie wiedział za to – nie domyślał się nawet – jak bardzo zetknięcie z nimi porusza Cynthię. Tak, miał nadzieję zajrzeć pod jej maski, liczył, że trochę ją zaskoczy, że wytrącona z równowagi pokaże więcej niż by chciała – i się nie rozczarował. Ale nie zdawał sobie sprawy z burzy, jaka trwała w duchu Flintówny, a gdyby wiedział, jak mocno nią to wstrząsnęło może nawet poczułby ukłucie wyrzutów sumienia.
Ale tylko ukłucie, dokuczliwe podobnie jak ukąszenie komara, nie bardziej. Bo wyrzuty sumienia rzadko zaprzątały mu głowę, a oni jednak wciąż znali się trochę zbyt krótko.
- Nie zawsze były całkowicie oczywiste, ale zwykle sprowadzały się do podjęcia decyzji między równie kuszącymi opcjami – stwierdził z namysłem. Jego obaj ojcowie zginęli, gdy był dzieckiem, matka zmarła niedługo po ukończeniu przez niego Hogwartu. Nie był może bogaty, ale nie był też biedny. Nie miał bardzo szerokiego grona znajomości, ale byli ludzie, do których mógł się zwrócić. Całe dorosłe życie towarzyszył mu ten komfort: pewnej poduszki, gdyby coś poszło nie tak, przy jednoczesnym braku konieczności nadmiernego oglądania się na innych. A jednocześnie miał pewne umiejętności i wizję własnej przyszłości, i to wszystko sprawiało, że jego najtrudniejszymi wyborami było zdecydowanie, czy zostać w Peru, i czy wybrać Turcję czy Walię. – Może raczej: pogodzeniem?
Cynthia zdołała ostatecznie go zaskoczyć. Ale nie zamierzał na to narzekać.
Pochylił się posłusznie, kiedy sięgnęła ku jego szyi, objął ją ramieniem, kiedy go pocałowała pośród dziesiątek magicznych luster. Przez chwilę coś błysnęło w jego oczach i miał ochotę nie pozwolić, aby odsunęła się tak łatwo, skoro sama wykonała pierwszy ruch – a może wcale nie pierwszy, tylko kolejny już z całej sekwencji – i pocałować ją znowu, znacznie nachalniej niż zrobiła to ona. Puścił ją jednak, wyprostował się i gdy przemówił, zrobił to tak, jakby nic się nie stało. Może kierowała nim myśl, że Cynthia całowała go, aby odzyskać panowanie nad sytuacją, aby wytrącić go z równowagi w małej zemście za to, że to miejsce wstrząsnęło nieco nią – bo owszem, taka myśl przyszła mu do głowy.
Może dalej o tę swego rodzaju grę, że pozwalał jej samej przesuwać granice, ciekaw, do czego się posunie.
Może bo uznał, że taki pozorowany brak reakcji najmniej wpisze się w tę inną rozgrywkę, jaką bez wątpienia toczyła nie tylko z nim, ale też wcześniej z innymi mężczyznami.
Może wszystkie trzy po trochu – i jeszcze więcej.
– Sama się przekonaj – odparł po prostu na zadane pytanie, skręcając na prawo. Ciekaw, czy Flintówna odgadnie, co takiego pokazuje ta tafla szkła i jakie ma przesłanie. Wskazał lustro, o którym mówił: zwierciadło, które pokazywało nie twarz tego, kto przed nim stawał, nie jakieś wspomnienie czy innych ludzi, a miejsce, w którym pragnęło się znaleźć. Może niekoniecznie w tej chwili – raczej to, które się kochało najbardziej albo o którym się marzyło. Nie musiało nawet istnieć naprawdę. Mogło być zaledwie wyobrażeniem.
Uśmiechnął się półgębkiem, przelotnie, kiedy – bodaj pierwszy raz – zobaczył niemal dokładnie to samo, co przed laty. Widoki, zmieniające się jak w kalejdoskopie, liczne miejsca, to wszystko, do czego tęsknił. Był tam Egipt, w którym był niedawno, była Turcja, do której chętnie by pojechał, była Walia, gdzie miał się znaleźć. Pustynie i morza, lasy i sawanny, stare ruiny, podziemia. Były i inne krajobrazy, znikające nim zdołał się im przyjrzeć.
Cathal pod tym względem był przecież zachłanny. Chciał całego świata. Każde z tych miejsc mógłby pokochać. Każde było prawdziwe, bo nie interesowało go to, co wymarzył, a to, co może zobaczyć. I ta zachłanność to była jego radość, ale czasem też gorycz, bo przecież nie mógł znaleźć się wszędzie na raz.
Wiedział, co zobaczy w większości luster. Nie wiedział za to – nie domyślał się nawet – jak bardzo zetknięcie z nimi porusza Cynthię. Tak, miał nadzieję zajrzeć pod jej maski, liczył, że trochę ją zaskoczy, że wytrącona z równowagi pokaże więcej niż by chciała – i się nie rozczarował. Ale nie zdawał sobie sprawy z burzy, jaka trwała w duchu Flintówny, a gdyby wiedział, jak mocno nią to wstrząsnęło może nawet poczułby ukłucie wyrzutów sumienia.
Ale tylko ukłucie, dokuczliwe podobnie jak ukąszenie komara, nie bardziej. Bo wyrzuty sumienia rzadko zaprzątały mu głowę, a oni jednak wciąż znali się trochę zbyt krótko.
- Nie zawsze były całkowicie oczywiste, ale zwykle sprowadzały się do podjęcia decyzji między równie kuszącymi opcjami – stwierdził z namysłem. Jego obaj ojcowie zginęli, gdy był dzieckiem, matka zmarła niedługo po ukończeniu przez niego Hogwartu. Nie był może bogaty, ale nie był też biedny. Nie miał bardzo szerokiego grona znajomości, ale byli ludzie, do których mógł się zwrócić. Całe dorosłe życie towarzyszył mu ten komfort: pewnej poduszki, gdyby coś poszło nie tak, przy jednoczesnym braku konieczności nadmiernego oglądania się na innych. A jednocześnie miał pewne umiejętności i wizję własnej przyszłości, i to wszystko sprawiało, że jego najtrudniejszymi wyborami było zdecydowanie, czy zostać w Peru, i czy wybrać Turcję czy Walię. – Może raczej: pogodzeniem?
Cynthia zdołała ostatecznie go zaskoczyć. Ale nie zamierzał na to narzekać.
Pochylił się posłusznie, kiedy sięgnęła ku jego szyi, objął ją ramieniem, kiedy go pocałowała pośród dziesiątek magicznych luster. Przez chwilę coś błysnęło w jego oczach i miał ochotę nie pozwolić, aby odsunęła się tak łatwo, skoro sama wykonała pierwszy ruch – a może wcale nie pierwszy, tylko kolejny już z całej sekwencji – i pocałować ją znowu, znacznie nachalniej niż zrobiła to ona. Puścił ją jednak, wyprostował się i gdy przemówił, zrobił to tak, jakby nic się nie stało. Może kierowała nim myśl, że Cynthia całowała go, aby odzyskać panowanie nad sytuacją, aby wytrącić go z równowagi w małej zemście za to, że to miejsce wstrząsnęło nieco nią – bo owszem, taka myśl przyszła mu do głowy.
Może dalej o tę swego rodzaju grę, że pozwalał jej samej przesuwać granice, ciekaw, do czego się posunie.
Może bo uznał, że taki pozorowany brak reakcji najmniej wpisze się w tę inną rozgrywkę, jaką bez wątpienia toczyła nie tylko z nim, ale też wcześniej z innymi mężczyznami.
Może wszystkie trzy po trochu – i jeszcze więcej.
– Sama się przekonaj – odparł po prostu na zadane pytanie, skręcając na prawo. Ciekaw, czy Flintówna odgadnie, co takiego pokazuje ta tafla szkła i jakie ma przesłanie. Wskazał lustro, o którym mówił: zwierciadło, które pokazywało nie twarz tego, kto przed nim stawał, nie jakieś wspomnienie czy innych ludzi, a miejsce, w którym pragnęło się znaleźć. Może niekoniecznie w tej chwili – raczej to, które się kochało najbardziej albo o którym się marzyło. Nie musiało nawet istnieć naprawdę. Mogło być zaledwie wyobrażeniem.
Uśmiechnął się półgębkiem, przelotnie, kiedy – bodaj pierwszy raz – zobaczył niemal dokładnie to samo, co przed laty. Widoki, zmieniające się jak w kalejdoskopie, liczne miejsca, to wszystko, do czego tęsknił. Był tam Egipt, w którym był niedawno, była Turcja, do której chętnie by pojechał, była Walia, gdzie miał się znaleźć. Pustynie i morza, lasy i sawanny, stare ruiny, podziemia. Były i inne krajobrazy, znikające nim zdołał się im przyjrzeć.
Cathal pod tym względem był przecież zachłanny. Chciał całego świata. Każde z tych miejsc mógłby pokochać. Każde było prawdziwe, bo nie interesowało go to, co wymarzył, a to, co może zobaczyć. I ta zachłanność to była jego radość, ale czasem też gorycz, bo przecież nie mógł znaleźć się wszędzie na raz.