19.07.2023, 02:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2024, 22:55 przez Lyssa Dolohov.)
- Cóż... pozostaje mieć nadzieję, że nie będą dotkliwe - odpowiedziała wspaniałomyślnie, uśmiechając się do niego krótko. Faktycznie jednak nie życzyła im urwania głowy tylko dlatego, ze jej ojciec miał skłonność do dramatyzowania. Jakaś jej część, była absurdalnie oburzona działaniem Annaleigh, ale inna... inna uważała, że były rzeczy zdecydowanie gorsze, niż dowiedzenie się że jest się z kobietą nie dla miłości. Albo raczej, że miłość ta była fałszywa. Ona nigdy sama nie byłaby w stanie przełknąć, że ktoś zrobił jej podobną rzecz, lecz jako kobieta patrząca na sytuację mężczyzny do którego miała wiele pretensji...
- To źle? - zapytała, unosząc delikatnie brew. - Znaczy, listy listami, ale czy to nie dobrze, że wciąż są zainteresowani? Chyba, że w tak lekki sposób opisujesz zalążki prześladowania - uśmiechnęła się lekko.
Lyssa przyglądała się Peregrinusowi uważnie, kiedy on z kolei wpatrywał się w karty. Bardziej ciekawił ją on i jego reakcja, niż to co było ukryte w kartach, a do czego podchodziła raczej po macoszemu. Dla niej była to bardziej zabawa, która miała rozwiać nudę lub w jakiś sposób rozjaśnić atmosferę po jej nieco kłopotliwej opowieści, która tak naprawdę była tylko wstępem.
- Ciekawe - powiedziała zdawkowo, nie bardzo wiedząc jak ubrać w słowa to, co faktycznie myślała. Złośliwa myśl jednak zaraz pojawiła się w głowie, że może ktoś postanowił zaszkodzić jej ojcu, bo jakiś niezadowolony klient Vakela musiał przełożyć wizytę i dostała te całe czarnomagiczne czary przez pomyłkę.
- Cóż... w takim razie chyba dokończę całe opowiadanie - powiedziała to tak lekkim tonem, jakby nie miało to być nic specjalnie zajmującego jej głowę, lub Trelawney właśnie nie powiedział jej, że mogła na niej ciążyć klątwa. - Kiedy poszłam spać, śniłam o sobie. W swoim pokoju, w swoim łóżku, jednak nade mną ktoś stał. Mężczyzna, wysoki i chudy, ubrany wyraźnie po mugolsku i ze strzelbą. Wydawał się całkiem miły, nawet uśmiechał i powiedział... - odchrząknęła, specjalnie zmieniając ton głosu, jakby chcąc naśladować wspomnianego człowieka - „Pozbyłem się go, na jakiś czas da ci spokój...” - rozłożyła ręce, wyraźnie bezradna odnośnie tego, co powinna zrobić z tą wiedzą. - To było... tym dziwniejsze, że jedno z okien było otwarte, kiedy przysięgłabym, że je zamykałam przed położeniem się spać. Nie chciałabym się przeziębić...
Czuła, że powinna się bać. A jeśli nie to, to przynajmniej czuć się zaniepokojoną z tego, czego doświadczyła, ale to co czuła ocierało się raczej o irytację. Pewnie każdy normalny człowiek, każda inna osoba zareagowałaby starannym zabezpieczeniem całego domu, może jakimś nerwowym upewnieniem się że była to jednorazowa przygoda, ale panna Mulciber czuła się w niezwykły wręcz sposób pewna siebie. Pewna, że znajdując się w kamienicy ojca, mogła liczyć na bezpieczeństwo o poziomie większym niż w Londyńskim więzieniu Ministerstwa. W końcu na Matkę, to było mieszkanie Vakela Dolohova, największego wróżbity który mieszkał w tym szarym, ponurym Angielskim mieście - a w jej głowie wiązało się to z tym, że zarówno jej ojciec, jak i chociażby Peregrinus, dokładali wszelkich starań by wszyscy mogli się czuć tutaj bezpiecznie. Był to więc dla niej zaledwie incydent. Mało przyjemny, oczywiście, ale była absolutnie przekonana o tym, że zaliczał się do kategorii tych jednorazowych i nie miał prawa już nigdy się powtórzyć.
Uśmiechnęła się do Trelawneya niemrawo, kiedy ten odpowiedział jej coś na przytoczoną przez nią historyjkę o tym, co w ogóle miało miejsce w nocy, ale czuła że odpływa. Że kiedy tylko wyrzuciła z siebie to wszystko, ma już głowę wolną od problemów, a przynajmniej tych związanych z niespodziewanym nawiedzeniem. Teraz kompulsywnie myślała o wyciągniętych przez nią przed chwilą kartach, które wciąż znajdowały się między nimi. Ich znaczenie nie napawało optymizmem, ale z drugiej strony czuła że nie pojawiła się w Londynie sama. Ciągnął się za nią przecież cień jej matki. Zbyt wielu niedopowiedzeń i milczenia, które wybuchło wreszcie, by pchnąć ją z dala od Francji i rodzicielki. Ale czarna magia? Może i Lyssa potrafiła włożyć w swoje działania zbyt wiele emocji, ale nie robiła tego z magią - wydawało jej się to zbyt prostackim rozwiązaniem i tak samo nie wiedziała, kto mógłby jej zrobić taki brzydki prezent.
Niemniej jednak, kiedy Peregrinus skończył, a ona obdarowała go nieco zbyt długą chwilą ciszy, podziękowała mu za jego słowa, a potem przeprosiła, bo jak zwykle zaczęła ją boleć głowa, a to oznaczało szybką ewakuację.
- To źle? - zapytała, unosząc delikatnie brew. - Znaczy, listy listami, ale czy to nie dobrze, że wciąż są zainteresowani? Chyba, że w tak lekki sposób opisujesz zalążki prześladowania - uśmiechnęła się lekko.
Lyssa przyglądała się Peregrinusowi uważnie, kiedy on z kolei wpatrywał się w karty. Bardziej ciekawił ją on i jego reakcja, niż to co było ukryte w kartach, a do czego podchodziła raczej po macoszemu. Dla niej była to bardziej zabawa, która miała rozwiać nudę lub w jakiś sposób rozjaśnić atmosferę po jej nieco kłopotliwej opowieści, która tak naprawdę była tylko wstępem.
- Ciekawe - powiedziała zdawkowo, nie bardzo wiedząc jak ubrać w słowa to, co faktycznie myślała. Złośliwa myśl jednak zaraz pojawiła się w głowie, że może ktoś postanowił zaszkodzić jej ojcu, bo jakiś niezadowolony klient Vakela musiał przełożyć wizytę i dostała te całe czarnomagiczne czary przez pomyłkę.
- Cóż... w takim razie chyba dokończę całe opowiadanie - powiedziała to tak lekkim tonem, jakby nie miało to być nic specjalnie zajmującego jej głowę, lub Trelawney właśnie nie powiedział jej, że mogła na niej ciążyć klątwa. - Kiedy poszłam spać, śniłam o sobie. W swoim pokoju, w swoim łóżku, jednak nade mną ktoś stał. Mężczyzna, wysoki i chudy, ubrany wyraźnie po mugolsku i ze strzelbą. Wydawał się całkiem miły, nawet uśmiechał i powiedział... - odchrząknęła, specjalnie zmieniając ton głosu, jakby chcąc naśladować wspomnianego człowieka - „Pozbyłem się go, na jakiś czas da ci spokój...” - rozłożyła ręce, wyraźnie bezradna odnośnie tego, co powinna zrobić z tą wiedzą. - To było... tym dziwniejsze, że jedno z okien było otwarte, kiedy przysięgłabym, że je zamykałam przed położeniem się spać. Nie chciałabym się przeziębić...
Czuła, że powinna się bać. A jeśli nie to, to przynajmniej czuć się zaniepokojoną z tego, czego doświadczyła, ale to co czuła ocierało się raczej o irytację. Pewnie każdy normalny człowiek, każda inna osoba zareagowałaby starannym zabezpieczeniem całego domu, może jakimś nerwowym upewnieniem się że była to jednorazowa przygoda, ale panna Mulciber czuła się w niezwykły wręcz sposób pewna siebie. Pewna, że znajdując się w kamienicy ojca, mogła liczyć na bezpieczeństwo o poziomie większym niż w Londyńskim więzieniu Ministerstwa. W końcu na Matkę, to było mieszkanie Vakela Dolohova, największego wróżbity który mieszkał w tym szarym, ponurym Angielskim mieście - a w jej głowie wiązało się to z tym, że zarówno jej ojciec, jak i chociażby Peregrinus, dokładali wszelkich starań by wszyscy mogli się czuć tutaj bezpiecznie. Był to więc dla niej zaledwie incydent. Mało przyjemny, oczywiście, ale była absolutnie przekonana o tym, że zaliczał się do kategorii tych jednorazowych i nie miał prawa już nigdy się powtórzyć.
Uśmiechnęła się do Trelawneya niemrawo, kiedy ten odpowiedział jej coś na przytoczoną przez nią historyjkę o tym, co w ogóle miało miejsce w nocy, ale czuła że odpływa. Że kiedy tylko wyrzuciła z siebie to wszystko, ma już głowę wolną od problemów, a przynajmniej tych związanych z niespodziewanym nawiedzeniem. Teraz kompulsywnie myślała o wyciągniętych przez nią przed chwilą kartach, które wciąż znajdowały się między nimi. Ich znaczenie nie napawało optymizmem, ale z drugiej strony czuła że nie pojawiła się w Londynie sama. Ciągnął się za nią przecież cień jej matki. Zbyt wielu niedopowiedzeń i milczenia, które wybuchło wreszcie, by pchnąć ją z dala od Francji i rodzicielki. Ale czarna magia? Może i Lyssa potrafiła włożyć w swoje działania zbyt wiele emocji, ale nie robiła tego z magią - wydawało jej się to zbyt prostackim rozwiązaniem i tak samo nie wiedziała, kto mógłby jej zrobić taki brzydki prezent.
Niemniej jednak, kiedy Peregrinus skończył, a ona obdarowała go nieco zbyt długą chwilą ciszy, podziękowała mu za jego słowa, a potem przeprosiła, bo jak zwykle zaczęła ją boleć głowa, a to oznaczało szybką ewakuację.
Postać opuszcza sesję
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.