19.07.2023, 22:31 ✶
Kiedy ciężko było opanować emocje, patrząc komuś w oczy, najlepiej było wbijać wzrok w czoło tej osoby. Tego zamierzałem się trzymać, co też z reguły robiłem w spotkaniach z ojcem jeden na jeden, kiedy już teoretycznie powinienem zwracać na niego sto procent swojej uwagi, a przy okazji panować nad sobą i za wiele nie myśleć ani też nic nie zdradzać. Szczególnie paniki. A czoło to czoło... Mogłem sobie wyobrażać, że znajduje się na nim tatuaż przypominający coś relaksującego albo dziura, taka śmiertelna rana. Czy chciałem sobie wyobrażać, że Avelina Paxton jest martwa? Niekoniecznie. Spróbuję to pierwsze.
Zamarłem, kiedy baba wyłaziła. Wywróciłem oczami, bo kupowała plastry na oparzenia, jak zła pogoda miała się w najlepsze i nie zamierzała odpuścić bynajmniej do końca miesiąca. Przynajmniej do końca trzeciego tygodnia. Cóż, miała wszelkie prawdo do zawracania dupy ekspedientce w aptece. Podobnie jak ja.
Wziąłem ponowny oddech, głęboki. Niech diabli, nie byłem na to gotowy, ale wystarczyło, że będę taki jak przed ojcem. Zrobię, co trzeba, i sobie stąd pójdę.
Rozplotłem dłonie, które spoczywały na moich plecach, po czym niby to niespiesznie podszedłem do lady. Stałem prosto, poważny, z lekko uniesionym podbródkiem. Me usta przedstawiały wąską linię i... Czoło. Obserwowałem jej czoło.
- Dzień. Dobry - odparłem ponownie, sztywno, w ramach powitania. Odchrząknąłem delikatnie i kilka razy zamrugałem oczami. Choć bardzo kusiło mnie by zerknąć na jej oczy, a potem wargi, zbeształem się w myślach i ponowiłem słowo czoło. Było moją mantrą.
- Obawiam się, że nie dostałem od ciebie listu. Nieistotne - odparłem i odpowiedziałem, tym samym ucinając temat.
Wyjąłem z połów płaszcza mieszek z pieniędzmi i położyłem na blacie, ni to delikatnie, ni agresywnie. Wraz z mieszkiem wyciągnąłem etui na eliksiry, bo zamierzałem oczywiście zabrać swoje zamówienie. Czym prędzej, nim ktoś się napatoczy. Niestety, jej delikatny dotyk mi to uniemożliwił. I Grindewald trąbki strzelił, bo drgnąłem jak poparzony i spojrzałem w jej oczy by odczytać, o co jej chodziło. Ni chuja, nie miałem pojęcia. Po prostu patrzyła. Mogła tylko patrzeć, ale niestety się odezwała...
Można powiedzieć, że zamarłem. Albo zmarłem i zastygłem na stojąco. Danse macabre było z tą dziewuchą. Ale dobra, czoło i Ojciec.
- Nie mam czasu na zabawy i gierki, Avelino - odparłem chłodno, strącając jej dłoń. Świetnie, bo nie musiałem patrzeć jej w oczy ani chociażby w czoło. Avelina Paxton nigdy nie była i nie będzie moim ojcem, więc zająłem się rozwijaniem etui oraz pakowaniem flakoników. Nieco trzęsły mi się dłonie, ale powtarzałem sobie, że jestem spokojnym czarodziejem i że jestem tu w sprawach służbowych.
Odpowiednio zabezpieczałem eliksiry przed teleportacją. Szło mi to mozolnie, ale nie mogłem się pospieszać, szczególnie że zawartość jednego z nich przyda mi się dziś wieczorem na bezsenność.
Zamarłem, kiedy baba wyłaziła. Wywróciłem oczami, bo kupowała plastry na oparzenia, jak zła pogoda miała się w najlepsze i nie zamierzała odpuścić bynajmniej do końca miesiąca. Przynajmniej do końca trzeciego tygodnia. Cóż, miała wszelkie prawdo do zawracania dupy ekspedientce w aptece. Podobnie jak ja.
Wziąłem ponowny oddech, głęboki. Niech diabli, nie byłem na to gotowy, ale wystarczyło, że będę taki jak przed ojcem. Zrobię, co trzeba, i sobie stąd pójdę.
Rozplotłem dłonie, które spoczywały na moich plecach, po czym niby to niespiesznie podszedłem do lady. Stałem prosto, poważny, z lekko uniesionym podbródkiem. Me usta przedstawiały wąską linię i... Czoło. Obserwowałem jej czoło.
- Dzień. Dobry - odparłem ponownie, sztywno, w ramach powitania. Odchrząknąłem delikatnie i kilka razy zamrugałem oczami. Choć bardzo kusiło mnie by zerknąć na jej oczy, a potem wargi, zbeształem się w myślach i ponowiłem słowo czoło. Było moją mantrą.
- Obawiam się, że nie dostałem od ciebie listu. Nieistotne - odparłem i odpowiedziałem, tym samym ucinając temat.
Wyjąłem z połów płaszcza mieszek z pieniędzmi i położyłem na blacie, ni to delikatnie, ni agresywnie. Wraz z mieszkiem wyciągnąłem etui na eliksiry, bo zamierzałem oczywiście zabrać swoje zamówienie. Czym prędzej, nim ktoś się napatoczy. Niestety, jej delikatny dotyk mi to uniemożliwił. I Grindewald trąbki strzelił, bo drgnąłem jak poparzony i spojrzałem w jej oczy by odczytać, o co jej chodziło. Ni chuja, nie miałem pojęcia. Po prostu patrzyła. Mogła tylko patrzeć, ale niestety się odezwała...
Można powiedzieć, że zamarłem. Albo zmarłem i zastygłem na stojąco. Danse macabre było z tą dziewuchą. Ale dobra, czoło i Ojciec.
- Nie mam czasu na zabawy i gierki, Avelino - odparłem chłodno, strącając jej dłoń. Świetnie, bo nie musiałem patrzeć jej w oczy ani chociażby w czoło. Avelina Paxton nigdy nie była i nie będzie moim ojcem, więc zająłem się rozwijaniem etui oraz pakowaniem flakoników. Nieco trzęsły mi się dłonie, ale powtarzałem sobie, że jestem spokojnym czarodziejem i że jestem tu w sprawach służbowych.
Odpowiednio zabezpieczałem eliksiry przed teleportacją. Szło mi to mozolnie, ale nie mogłem się pospieszać, szczególnie że zawartość jednego z nich przyda mi się dziś wieczorem na bezsenność.