Prawdę mówiąc, to lubiła te wieczorne i nocne dyżury. I chyba była w mniejszości. Jako, że miała problemy ze snem, to przynajmniej miała na czym zawiesić swoje myśli, a tych po Beltane miała aż za dużo. W nocy za to w Ministerstwie panował spokój, pewnego rodzaju cisza, bo znacznie mniej ludzi kręciło się po korytarzach. Jeddnego razu mieli więcej wezwań innego zupełny spokój, a coś Victorii mówiło, że dzisiaj będzie jeden z tych spokojniejszych dyżurów. Znaczy, że będzie mogła spokojnie posiedzieć na papierami, których góra naprawdę piętrzyła się nad aurorami po wydarzeniach z nocy z 1 na 2 maja.
Jedyne, co jej popsuło ten wieczór i wyprowadziło z tego spokoju pracy nad dokumentami było to nagłe wrażenie… skręcenia żołądka, przy którym miała ochotę się po prostu wyrzygać. I to tak cholernie wcześnie… Bo zwykle to uczucie po prostu budziło ją w nocy – kiedy Sauriel nie zaczynał leniwego wieczora po otworzeniu oczu z dziennej drzemki, a w trakcie jego czasu urzędowania. Wiedziała, że coś mu groziło – nie wiedziała co, ale COŚ. I choć wiedziała, że mężczyzna potrafi o siebie zadbać i niczym kot miał dziewięć żyć (osiem, jedno już przecież stracił…) to i tak zmartwienie się pojawiło. Bo… było wcześnie. Za wcześnie. Nawet jeśli uczucie w końcu przeminęło – jej myśli wracały do Rookwooda, no bo co on takiego robił? Co się stało? Czy jemu się nic nie stało…?
Wiedziała, że te rozmyślania też do niczego ją teraz nie doprowadzą. Spojrzała na zegarek, westchnęła… I uznała, że to najlepszy moment, żeby skoczyć po kawę.
I takim właśnie sposobem spotkała na korytarzu Brennę. Filiżanka z gorącą kawą lewitowała sobie w powietrzu przed Victorią, która idąc przeglądała jakiś plik papierów (oczywiście, że część z nich musiała zabrać ze sobą, bo cóż to by było za marnotrawstwo czasu) i podniosła znad niego wzrok, kiedy usłyszała przywitanie.
A przecież już się pożegnały.
- Brenn? – zapytała marszcząc brwi. Najpierw była zdziwiona, że ją usłyszała i zobaczyła. Potem dotarło do niej, że nie powinna tutaj być no i jej strój dobitnie o tym świadczył, bo wyglądała w końcu jak panienka z dobrego domu, a nie jak jakiś dzikus obsmarowany błotem. Dopiero gdy się zbliżyła, to zauważyła, że coś się stało z jej twarzą. Coś bardzo złego. Aż nie umiała oderwać wzroku – i nawet nie próbowała udawać, że nie patrzy. - Co ci się… - nie dokończyła, bo Longbottom zaczęła monolog. - Mam klucze – faktycznie, miała. Nie było ich teraz widać, ale miała je przy sobie. - Hadesa nie widziałam, ale nie szukałam medyka – przyznała od razu. No i nie chodziła po całym piętrze, nie sprawdzała kto jest, a kogo nie ma. Póki kogoś nie potrzebujesz… - Czy ty nie wyszłaś już do domu? – musiała w końcu o to zapytać. Papiery zwinęła w rulon i wsadziła rękę do kieszeni ciemnej marynarki, teraz nie zapiętej, by wyłowić stamtąd pęk kluczy. - Pójdę z tobą, ale potem faktycznie poszukaj kogoś żeby to obejrzał… - nie wyglądało to dobrze, ale Victoria po cichu liczyła, że po prostu wygląda to tylko tak źle. I faktycznie poszła za Brenną do pokoju przesłuchań, zupełnie niezdziwiona, że to tam ma „takiego jednego”.
Nie wpakowała się do środka, dała Brennie czynić honory, by wyprowadziła z sali „jednego takiego” i po prostu poczekała na nich na korytarzu. Tak, filiżanka z kawą nadal obok niej lewitowała, a sama Tori wyglądała na odrobinę znudzoną.